W liceum przeczytał książkę Roberta Henriego „The Art. Spirit” – Sprawiła ona, że zapragnął artystycznego życia. Takie życie oznaczało dla Davida Lyncha pełne podporządkowanie sztuce – chciał całkowicie się jej oddać, zepchnąć wszystko na inny tor. Dziś radzi, jak pójść w jego ślady!

Życie artysty to…

Bushnell Keeler, ojciec mojego kumpla Toby’ego, powtarzał często: „Jeśli chcesz poświęcić malowaniu godzinę, potrzebne ci są tak naprawdę cztery”. I rzeczywiście. Artysta nie zaczyna malować ot, tak. Trzeba trochę posiedzieć i pomyśleć nad koncepcją obrazu, żeby potem wstać i wykonać odpowiednie pociągnięcie. Musisz mieć w pogotowiu całą gamę niezbędnych materiałów. Trzeba choćby naciągnąć płótno na blejtram. Dużo czasu może pochłonąć samo przygotowanie tego, na czym będziesz malować. I wtedy dopiero zaczynasz pracować. Wystarczy na początek zalążek pomysłu, który pobudzi Cię do działania, w moim przypadku bowiem wszystko, co następuje później, jest tak zwanym procesem akcji i reakcji. Proces ten zawsze polega na budowaniu i niszczeniu. By potem z tych zniszczeń znowu coś wydobyć i budować dalej. Natura odgrywa w tym ogromną rolę. Zestawienie trudnych materiałów – na przykład wypiekanie czegoś w słońcu lub wykorzystanie materiału, który kłóci się z innym – wywołuje organiczną reakcję. Później chodzi tylko o to, żeby usiąść w pewnej odległości i patrzeć, i patrzeć, i patrzeć – i nagle w trakcie tej kontemplacji zrywasz się z miejsca, podchodzisz do płótna i wykonujesz następny krok. Akcja i reakcja.
Nie można jednak tego osiągnąć, jeśli wiesz, że za pół godziny masz być gdzie indziej. Wolność w życiu artysty oznacza zatem możność poświęcania czasu tym dobrym rzeczom, które mogą się wydarzyć. Nie zawsze zostaje dużo czasu na inne rzeczy.

Kino to pewnego rodzaju język

Kino ma własny język. Można nim przekazać bardzo wiele, mamy bowiem do dyspozycji czas i sekwencje. Mamy dialog. Mamy muzykę. Mamy efekty dźwiękowe. I możemy wyrazić uczucie lub myśl, których nie da się przekazać w inny sposób.
Film powinien mówić sam za siebie. Absurdem jest sytuacja, kiedy filmowiec musi opowiadać, o czym jest jego film, uciekając się do sfery werbalnej. W filmie mamy do czynienia ze światem wykreowanym i w takim świecie ludzie czasem lubią się zatopić. Dla nich ten świat jest prawdziwy. A jeśli dowiadują się, jak pewne rzeczy zostały zrobione albo co znaczy to lub tamto, następnym razem, gdy oglądają ten film, te wiadomości stają się częścią całego doświadczenia. I wtedy film jest już czymś innym. Uważam, że jest sprawą niezwykle cenną i ważną, by chronić ten świat i nie mówić o pewnych rzeczach, które mogłyby wpłynąć na jego odbiór.

Pomysły

Pomysł jest myślą. Myślą, która mieści w sobie więcej, niż ci się wydaje, kiedy przychodzi ci do głowy. Byłoby wspaniale, gdyby cały film przychodził do głowy w jednej chwili. W moim przypadku jednak przychodzi fragmentarycznie. Pierwszy fragment jest jak kamień z Rosetty. To kawałek układanki, który jest kluczem do całej reszty. W filmie „Blue Velvet” były nim czerwone usta, zielone trawniki i piosenka – „Blue Velvet” w wersji Bobby’ego Vintona. Następną rzeczą był ucho leżące na polu. I tak się zaczęło. Zakochujesz się w pierwszym pomyśle, w tym maleńkim kawałeczku układanki, a kiedy już go masz, reszta przychodzi z czasem.

Filmowanie techniką cyfrową dla młodych!

Radziłbym korzystać z szansy, jaką daje technika cyfrowa, by robić to, w co naprawdę się wierzy. Ważne, by zachować swój głos. Nie róbcie niczego po to tylko, by wywrzeć wrażenie na wytwórni filmowej albo na sponsorach. Z mojego doświadczenia wynika, że takie podejście zawsze się mści. Świetnym pomysłem jest nauka w szkole filmowej, można tam zdobyć ogromną wiedzę, uczymy się jednak w praktyce. Teraz, kiedy koszty filmowania tak zmalały, można naprawdę spróbować swoich sił. Jest wiele festiwali filmowych, w których można wziąć udział i tam postarać się zdobyć dystrybutora lub pomoc finansową na przyszłość.