Realizm w Europie, pozytywizm w Polsce

Niezwykle ważne dla literatury i innych gałęzi sztuki pojęcie realizmu zaczęło swoją karierę na początku XIX wieku, a ściślej w jego latach dwudziestych, we Francji. Początkowo stanowiło główny postulat przedstawicieli prądu literackiego określanego takim właśnie mianem, by później nieco zmienić swe znaczenie.

Swoje główne zadanie dziewiętnastowieczni realiści widzieli w ścisłym odwzorowywaniu rzeczywistości. Pisarz realista miał opisywać świat dokładnie takim, jaki jest, malarz realista – malować obrazy odwzorowujące przedstawiane przedmioty. Szczytowym osiągnięciem realizmu jest Komedia ludzka Honoriusza Balzaka, cykl kilkudziesięciu powieści drobiazgowo opisujących życie ówczesnego Paryża. Omawiany w szkole Ojciec Goriot jest właśnie częścią całego cyklu. Bohaterowie tej powieści występują także w innych utworach serii. Każdy z utworów poświęcony jest konkretnej osobie, a tym samym konkretnemu typowi społecznemu. Jedne rozgrywają się w niskich, inne w wysokich warstwach społecznych, jeszcze inne, jak Ojciec Goriot, niejako pomiędzy nimi. Podstawowym celem całego cyklu było ukazanie świata i ludzi takimi, jacy są – z iście naukową precyzją.

Z czasem jednak zwyciężyło przekonanie, że realizacja takiego zadania jest niemożliwa. Najbardziej drobiazgowy opis literacki i tak nie odda wszystkich właściwości danej rzeczy. Na przykład opisując pomieszczenie, należałoby poświęcić po kilka stron każdemu znajdującemu się w nim przedmiotowi, i szafie, i pudełku zapałek. To jeden powód zmiany stosunku do postulatów realizmu. Drugi to rosnące przeświadczenie, że pisarz nigdy nie będzie w pełni obiektywny – że jego sztuka zawsze zależeć będzie od jego osobowości i prywatnych zapatrywań na świat. To, co początkowo mogło być zarzutem wobec pisarza, wkrótce stało się jego główną zaletą – indywidualne spojrzenie, prywatny, własny styl, literacka autonomia zastąpiły obowiązek dążenia do obiektywnej autentyczności, a zamiast drobiazgowości opisu znaczenia nabrała pisarska oryginalność.

Jeśli więc jakiś bliższy współczesnoś­ci utwór nazywamy realistycznym, to możemy mieć na myśli dwie rzeczy. Po pierwsze to, że opisywany w nim świat nie pozostaje w oczywistym konflikcie z rzeczywistością pozaliteracką – że zdarzenia w nim przedstawione mogłyby się wydarzyć, że nie ma w nim elementów jawnie fantastycznych, nierzeczywistych. Po drugie natomiast – określoną technikę przedstawiania, w której opis ciągów przyczyn i skutków prowadzących do określonych wydarzeń pokrywa się jakoś ze schematem myślenia ­potocznego.

Epokę nazywaną pozytywizmem wyróżnia się tylko w historii kultury polskiej. Nigdzie bowiem, w żadnym zakątku świata poza Polską, nie ukształtował się taki prąd literacki. W Europie był to czas schyłku realizmu i początków oraz rozwoju naturalizmu w prozie, a symbolizmu i ekspresjonizmu w poezji. O, właśnie! Nazwy dotychczasowych epok odnosiły się do wszelkich dziedzin życia artystycznego. Barokowej poezji towarzyszyły barokowe rzeźby i malarstwo, romantycznej – romantyczne dzieła sztuki. Polski pozytywizm natomiast to pod tym względem kompletny wyjątek: nie znajdziemy jego przejawów w innej niż literatura dziedzinie sztuki. W dodatku nawet w obrębie samej literatury możemy zawęzić działalność pozytywistów do obszarów prozy i publicystyki. Poezja nie cieszyła się w tym czasie wielką popularnością (przede wszystkim wśród pisarzy!). Jednocześnie zaś polski pozytywizm to prąd literacki i, rzec można, polityczno-społeczny. Jedno z drugim jest tu nieodłącznie związane: wszyscy twórcy pozytywistyczni reprezentowali określone poglądy polityczne i społeczne, a pozytywistyczna literatura, zwłaszcza w początkowej fazie tej epoki, podporządkowana była ich propagowaniu.

Tak jak w wypadku innych epok literackich – niemożliwe jest stwierdzenie, że pozytywizm zaczął się w jakimś określonym momencie, trwał ileś tam lat i się skończył. Początki kształtowania się w Polsce koncepcji zbliżonych do pozytywizmu można z pewnością dostrzec już w latach pięćdziesiątych w działalności wielkopolskich organizatorów życia społecznego, a także w pewnym sensie w poglądach na sprawę niepodległości konserwatywnych przeciwników powstań – tak zwanego stronnictwa białych. Niewątpliwie jednak dopiero powstanie styczniowe odegrało rolę historycznego przełomu, skutecznie naruszającego dotychczasowy układ sił i koncepcji polityczno-społecznych.

To, co nazywamy pozytywizmem, ostatecznie ukształtowało się w kilka lat po upadku powstania, na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XIX ­wieku.

Jeszcze trudniej mówić o końcu pozytywizmu. Mamy bowiem do czynienia z przykładem wyraźnego współtrwania dwóch okresów literackich: Młoda Polska „zaczyna się”, gdy pozytywizm trwa w najlepsze, przedstawiciele pozytywizmu działają jeszcze w początkach XX wieku. Z pewnością jednak już w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku literackie „pierwsze słowo” zaczyna należeć do młodopolan.

Te komplikacje z ustaleniem dat „przełomów” są, oczywiście, jeszcze jednym dowodem na to, że zjawiska kulturowe, koncepcje i doktryny nie pojawiają się i nie znikają w wyniku naciśnięcia jakiegoś jednego guzika, lecz kształtują się i przebrzmiewają powoli. Koncepcje artystyczne i literackie nie podlegają obalaniu. Przecież o żadnej z nich nie da się powiedzieć, że jest prawdziwa lub nie. Raczej „wychodzą z mody”, ustępując miejsca czemuś, co bardziej odpowiada potrzebom danych czasów. Zawsze też coś po nich zostaje. Gdybyśmy się uparli, półżartem moglibyśmy twierdzić, że pozytywizm trwa do dzisiaj. Choćby w resztkach tego, co w Polsce nazywa się etosem inteligencji, a o czym jeszcze słów parę powiemy.

Teraz zaś powiemy o samej nazwie epoki, co wyjaśni nam jej luźne związki z pewnym prądem w kulturze czy raczej filozofii europejskiej. Ogólnie znany jest przymiotnik „pozytywny”. Ten, kto wie, co on oznacza, słowo pozytywizm skojarzy z jakimś dobrem czy użytecznością. I całkiem słusznie! W zbliżonym bowiem znaczeniu upowszechniło się to pojęcie dzięki francuskiemu filozofowi Augustowi Comte’owi, twórcy tak zwanej filozofii pozytywnej. W jego ujęciu miała ona dążyć do zapewnienia ludzkości szczęścia i pomyślności. Miała doprowadzić do przejścia ludzkości od stanu „krytycznego” do wymarzonego „pozytywnego”. Trzeba wszak pamiętać, że po francusku słowo positif znaczyło wtedy tyle, co ścisły, realny, pewny; łacińskie positivus natomiast znaczy: prawdziwy, jednoznaczny, wywodzący się z faktów.

Tu jednak poważne zastrzeżenie. Polscy pozytywiści, owszem, powoływali się w swoich pracach na Comte’a i byli zafascynowani jego filozofią. Z pewnością także kilka jej elementów przejęli. Nie da się jednak powiedzieć, że filozoficzny pozytywizm Comte’a i jego następców jest bezpośrednio związany z pozytywizmem polskim. Choćby dlatego, że nie miał on nic wspólnego z literaturą oraz, to może przede wszystkim, z zapatrywaniami na sprawę niepodległości Polski. Z drugiej zaś strony Comte, Mill i Spencer stworzyli większość pojęć, którymi – czasem w nieco innych znaczeniach – posługiwali się polscy pozytywiści. I to zmusza nas do przyjrzenia się dokładniej ich filozofii.

Europejska filozofia pozytywna August Comte

Od niego się zaczęło. Ów francuski filozof w swym Kursie filozofii pozytywnej zaczął od zwrócenia uwagi na wielką różnicę w rozwoju nauk przyrodniczych i społecznych. Wychodził z założenia, że te pierwsze spełniają swoje zadanie, coraz lepiej wyjaśniając mechanizmy rządzące otaczającym nas światem. Te drugie jednak, według Comte’a, nie dorastają im do pięt. Ludzkość, jego zdaniem, wie już niemal wszystko o naturze i swoim otoczeniu, nie wiedząc niemal nic o mechanizmach rządzących życiem społecznym. Te zaś, jak twierdzi Comte, można badać metodami charakterystycznymi dla nauk przyrodniczych. Wszelkie nieszczęścia ludzkości, jej wzajemne wyniszczanie się przez wojny i nierówności społeczne biorą się, po pierwsze, z niezrozumienia praw rządzących społecznościami, po drugie zaś – z, będącej rezultatem tego, zupełnej niemożności zbudowania sensownego i zapewniającego powszechną pomyślność systemu społecznego. Tymczasem, jak twierdził filozof, całkiem możliwe jest zarówno to pierwsze, jak i to drugie. Zaczynając od poważnych badań, ­będzie można następnie przejść do społecznych modyfikacji – do stanu, w którym wszelkie dokonania ludzkości służyć będą już tylko pomnażaniu jej szczęścia. Owo przekonanie, iż ludzkość i natura rządzą się tymi samymi prawami, nazywane jest w historii filozofii monizmem przyrodniczym.

Filozofia Comte’a była bardzo kosmopolityczna i radykalna w kwestiach społecznych. Zakładała stopniową globalizację społeczeństwa, a także zanik dotychczasowych wierzeń religijnych i obyczajów. W swoim dziele Comte zamieścił nawet projekt kalendarza przyszłości, w którym święta poświęcone są poszczególnym postaciom zasłużonym dla ludzkości. Twierdził także, że wszystkie religie zostaną zastąpione przez jedną ogólnoludzką, zbudowaną na tolerancji i miłości – a jej ideałem i najwyższą wartością będzie sama ludzkość.

John Stuart Mill

Ten angielski filozof największych odkryć – naprawdę przełomowych! – dokonał na polu logiki, co w kontekście pozytywizmu niezbyt nas interesuje. Prócz tego jednak zajmował się sprawami społecznymi, co interesuje nas jak najbardziej. Na tym polu uważa się go za kontynuatora myśli pozytywistycznej. Twierdził, że filozofia powinna służyć rozwiązywaniu konkretnych i ścisłych problemów naukowych oraz organizowaniu życia społecznego. Pierwsze założenie sprawiało, że Mill odrzucał wszelkie rozważania abstrakcyjne, uważając je za zajęcie bezsensowne, i skupiał się na problemach metod naukowych i logiki. W sprawach społecznych był zaś przede wszystkim zwolennikiem liberalizmu i jednocześnie utylitaryzmu. Jego liberalizm opierał się na przekonaniu, że miarą wartości społeczeństw jest dawanie jednostkom prawa do samodzielnego rozwoju. Podstawowym zadaniem państwa ma być strzeżenie tej wolności w odniesieniu do wszystkich grup społecznych. Jeśli zaś idzie o utylitaryzm, to Mill uważał go za podstawowe prawo etyki. Utylitarne to to samo co użyteczne. Tylko to, co może się przydać społeczeństwu i człowiekowi, ma prawdziwą wartość. Co zaś znaczy „przydać się”? Według Milla znaczy to: zapewnić mu największe możliwe szczęście. Oczywiście niezmiernie ważne jest tu słowo możliwe, które kładzie nacisk na to, że owo szczęście podlega rozmaitym ograniczeniom; do podstawowych ograniczeń należy dobro innych członków społeczności. Samo szczęście zaś Mill rozumiał w bardzo pozytywistyczny sposób. Definiował je jako jednoczesną przyjemność i brak cierpienia. Cóż, w dzisiejszych, konsumpcyjnych czasach wydaje się to chyba lekkim uproszczeniem…

Herbert Spencer

Ten pan, także Anglik, wprowadził do filozofii pozytywistycznej dwa inne bardzo istotne pojęcia.
Pierwsze z nich to ewolucjonizm. W myśl tego poglądu ludzkość podlega nieustannemu rozwojowi polegającemu na wyłanianiu się kolejnych, coraz wyżej zorganizowanych form bytu z początkowego bezładu. Każda społeczność również przechodzi określone fazy rozwoju – w wypadku jednych społeczności dzieje się to szybciej, w wypadku innych wolniej. W trakcie tej ewolucji wykształcają się rozmaite składniki kultury i cywilizacji, jak rodzina, obrzędy, obyczaje, instytucje obrony, koś­cioły, grupy społeczne, wreszcie instytucje państwowe i organizacje przemysłowe. Z tym wiąże się pojęcie organicyzmu. Zdaniem Spencera wszystkie te instytucje tworzą swoisty organizm społeczny. Funkcjonuje on na zasadach zbliżonych do biologicznych: poszczególne komórki, organy tego organizmu, wypełniając swoje zadania, są zawsze powiązane z pozostałymi. I tak jak w każdym organizmie – schorzenie lub niedorozwój staje się przyczyną słabszego funkcjonowania pozostałych. Należy więc dbać o „zdrowie” społeczeństwa, pamiętając, że wymaga ono jednoczesnego rozwoju wszystkich jego elementów, a także równej dbałości o każdy z nich. Należy również uważać w wypadku odgórnego likwidowania jakichś tradycji i obyczajów czy na pozór przestarzałych instytucji społecznych. Może się bowiem okazać, że usunięcie takiego narządu zaburzy równowagę całego organizmu.

Spencer stworzył całościowy system filozoficzny. Uważał, że w swoim dziesięciotomowym Systemie filozofii syntetycznej wyjaśnił wszystkie zjawiska świata. Był jednym z ostatnich filozofów, którzy postawili przed sobą takie zadanie. Już niedługo w świecie myślicieli zapanować miało trwałe do dziś przekonanie, że zbudowanie takiego systemu jest niemożliwe.
Uwaga! Ewolucjonizm Spencera zyskał dodatkowo na popularności po odkryciach Karola Darwina. Ów wielki biolog znalazł pierwsze dowody potwierdzające hipotezę ewolucji w przyrodzie i sformułował wniosek o doborze naturalnym oraz walce gatunków. Odkrycia te wywołały ogromną burzę. Uderzyły bowiem w sam środek biblijnej opowieści o stworzeniu świata, wówczas wciąż jeszcze rozumianej mniej lub bardziej dosłownie. Większość myślicieli pozytywistycznych i scjentystycznych prędzej czy później przyjęła wyniki badań Darwina, dokonując rozmaitych rozwinięć teorii społecznych Spencera w myśl darwinizmu.

Hipolit Taine

Ten francuski filozof, historyk i teoretyk sztuki, uznawany jest za właściwego twórcę naturalizmu. Pod pojęciem tym kryje się przekonanie, że życiem człowieka rządzą takie same prawa jak te, które działają w przyrodzie. Wszelkie problemy psychiczne i etyczne, wszystko to, co inni uważać by mogli za sprawy „duchowe”, jest, zdaniem naturalisty, wytworem środowiska i uwarunkowań biologicznych. Podstawowym zaś prawem ówczesnej biologii była świeżo sformułowana teoria doboru naturalnego (determinizmu) – brutalnej walki o byt, którą toczą między sobą gatunki i ich przedstawiciele. Prawo to, jak twierdzili naturaliści, łatwo przekłada się na ludzkie działania – niemal wszystkie one są mu podporządkowane.
Pisząc o historii czy sztuce, Taine używał terminów biologicznych. Mówił o gatunkach, typach, klasach, czynnikach środowiskowych. Interpretował fakty historyczne i literackie, biorąc za punkt wyjścia trzy podstawowe czynniki: rasę, środowisko i moment dziejowy. Był przekonany, że każda istota i każde zjawisko są określone przez zespół takich właśnie warunków zewnętrznych. Ponieważ zaś, wedle jego założeń, zjawiska kulturowe rządzone są przez takie same jak przyroda prawa, można je badać takimi samymi metodami, czyli – grupując zjawiska podobne do siebie w typy i poszukując ich wspólnych przyczyn. Kiedy zastosował swój determinizm do badań nad sztuką, dostrzegł w niej świadectwo duchowej ewolucji społeczeństwa.

Idee Taine’a spotkały się z wielkim oddźwiękiem wśród pisarzy. We Francji wykształcił się cały prąd literacki określany mianem naturalizmu. Jego najważniejszymi przedstawicielami byli bracia Goncourt i Emil Zola. Literaccy naturaliści w swych dziełach starali się przedstawiać życie człowieka w świetle owych biologicznych uwarunkowań, sprowadzając większość motywów jego postępowania do podstawowej zasady naturalnej walki o byt.

Uwaga!
Niezwykła kariera filozofii europejskich pozytywistów w Polsce miała bezpośredni związek z kryzysem romantycznego sposobu myślenia o sprawach narodowych. To zaś, że w Polsce wykształciła się zupełnie inna formacja literacko-publicystyczna, niż miało to miejsce w Europie, wiąże się z zupełną odrębnością ówczesnej polskiej kultury, niezwykle mocno powiązanej ze sprawą utraconej niepodległości i losu narodu. Tutaj po prostu każdy większy twórca musiał się jakoś ustosunkować do tych kwestii, czego absolutnie nie musiał robić jego kolega we Francji czy w Anglii. Polska kultura w ten czy inny sposób oscylowała wokół spraw niepodległościowych i narodowych, całkowicie abstrakcyjnych dla cudzoziemca.

Scjentyzm

Ten pogląd stanowi centrum całego pozytywistycznego myślenia. Ponadto jest tym, który spośród teorii pozytywistycznych zrobił największą karierę.

Scjentysta zakłada, że tylko ugruntowana wiedza naukowa może być podstawą budowy sensownego światopoglądu. Twierdzi, że wszystko da się wyjaśnić metodami naukowymi, a to, czego się nimi wyjaśnić nie da, po prostu nie istnieje. Wierzy także w ciągły postęp ludzkiej wiedzy. W to, że z biegiem czasu człowiek wciąż zbliża się do całkowitego opanowania całej wiedzy o otaczającym świecie. Uważa również, że ten moment kiedyś nastąpi – i wówczas zapanuje na świecie powszechna szczęśliwość. Zdaniem scjentysty wiedza i nauka rozwiążą kiedyś wszystkie nasze problemy: zaradzą tym prawdziwym i wykażą niezbicie pozorność tych nieprawdziwych. W świetlanej przyszłości nadejdzie czas, kiedy znajdziemy odpowiedź na wszystkie pytania.

Ten sposób myślenia jest bardzo charakterystyczny dla drugiej połowy XIX wieku. Wynalazki, wielkie odkrycia, postęp techniczny, rozwój transportu, ówczesnej biologii – wszystko to rodziło wielką wiarę w możliwości człowieka i nauki. Powstawały powieści z rodzaju fantastyki naukowej. Na przykład Juliusz Verne, autor tych najbardziej znanych, w książce 20000 mil podmoskiej żeglugi opisywał podróż łodzią podwodną. Dziś, oczywiście, każdy z nas na co dzień używa urządzeń, o których ówczesnym wizjonerom nawet się nie śniło, a stanu powszechnego szczęścia wciąż nie widać, na teorie tego rodzaju często reagujemy wzruszeniem ramion. Światopogląd scjentystyczny wciąż jest żywy. Wiadomo wszak, że dokonania nauki nie zmienią kształtu świata automatycznie.

 

Powstanie styczniowe

Wybuchło w styczniu 1863 roku po zapowiedzi przeprowadzenia na terenach polskich poboru do carskiej armii. Choć wcześniej je przygotowywano, z pewnością w momencie wybuchu przygotowane nie było. W świetle dzisiejszych badań powiedzieć można, że było z góry skazane na klęskę. Jeszcze przed jego wybuchem twierdziło tak stronnictwo białych – zamożnych konserwatystów w sprawach społecznych, zwolenników ostrożnego, półlegalnego działania narodowego pod oficjalną władzą caratu. Stronnictwo czerwonych z kolei, zwolenników powstania, łączyło w sobie cechy socjalizmu i romantyzmu, optując za głębokimi reformami społecznymi i ogólnonarodowym zrywem powstańczym.

Powstanie miało charakter wojny partyzanckiej, trwało prawie dwa lata. Do jego stłumienia Rosjanie użyli gigantycznej armii, która metodycznie, metr po metrze, wymiatała z lasów małe powstańcze oddziały. Cały kraj został obsadzony potężnymi rosyjskimi jednostkami wojskowymi, które dokładnie przeczesywały podejrzane zakątki. Powstańcy bronili się dzielnie, w otwartym starciu nie mając jednak żadnych szans. Dodatkowo nie sprzyjali im chłopi, którzy często sami przyprowadzali schwytanych przez siebie powstańców na kozackie posterunki, bo można było za to dostać sporą nagrodę pieniężną. Dodatkowo carska administracja wykonała genialne posunięcie, ogłaszając uwłaszczenie chłopów. Przekonało to tych ostatnich, że władza dobra bywa.

 

Kryzys popowstaniowy

Powstanie zakończyło się straszliwą klęską. Wiele tysięcy powstańców zginęło w boju, około czterdziestu tysięcy zesłano na Syberię, wielu schwytanych mordowano od razu, czego statystyki nie ujmują. Powiedzmy sobie wprost, że straty te były dodatkowo pomnożone przez to, iż represje dotknęły najbardziej świadomą część społeczeństwa, z której rekrutowali się uczestnicy powstania. Była to masakra polskiej elity. Ponadto ci, którzy pozostali, skazani byli na ruinę ekonomiczną. Skonfiskowano tysiące majątków szlacheckich, a jeszcze w trakcie powstania spalono tysiące szlacheckich dworów.
Nastąpiła ostateczna likwidacja Królestwa Polskiego. Ziemie polskie oficjalnie wcielono do Rosji, wprowadzono też stan wojenny. Tajna policja, „ochrana”, wciąż wyłapywała próbujących się ukrywać przywódców powstania. Część z nich natomiast wyemigrowała. Upadek powstania nastąpił w atmosferze kompletnej bezradności, przerażenia i żałoby. W powszechnym odczuciu zryw ten był tragicznym błędem. Dopiero jednak w kilka lat po jego upadku pojawiły się, w prasie, pierwsze poważne głosy potwierdzające tę opinię.

Od kwestii stosunku do powstania zaczął się pierwszy podział polityczny na arenie kulturalnej w popowstaniowej Polsce. Stanisław Tarnowski, zwolennik stronnictwa białych, wraz ze Stanisławem Koźmianem ogłosili w Krakowie serię satyrycznych felietonów pod tytułem Teka Stańczyka, wymierzonych przeciwko romantycznej tradycji. Twierdzili oni, że raz na zawsze należy skończyć z mesjanistycznymi koncepcjami dotyczącymi powstań narodowych, gdyż prowadzą one tylko do krwawych nieszczęść. Z drugiej strony bardzo ostro opowiadali się przeciwko społecznym poglądom czerwonych, uważając je za „wywrotowe” i „niebezpieczne”, i ich głosicieli obarczali winą za wybuch utopionego we krwi powstania. Równocześnie stańczycy głosili program współpracy i lojalizmu wobec dworu w Wiedniu, twierdząc, że najlepszą formą patriotyzmu jest legalna działalność na rzecz zwiększania autonomii w ramach zaborczego imperium.

W Warszawie z kolei podśmiewano się z galicyjskiego lojalizmu, jednocześnie ostro krytykując konserwatywne i klerykalne poglądy stańczyków. Pozytywiści warszawscy także uważali powstanie za szkodliwy błąd. Byli jednak w swoich poglądach społecznych bliscy wręcz socjalizmowi, co napełniało ich sympatią w stosunku do czerwonych. I o ile stańczyków można umiejscawiać na politycznej prawicy, o tyle niewątpliwie warszawscy pozytywiści znajdowali się gdzieś po lewej stronie polskiej sceny politycznej. Nie zmienia to wszakże faktu, że Prus mawiał o powstaniu jako o błędzie 1863 roku, a poświęconą mu nowelę z roku 1864 zatytułował Omyłka. I tak właśnie traktowano powstanie przez długie lata. Z czasem jednak stosunek pozytywistów do powstaniowej tradycji zmieniał się. I choć nigdy nie osiągnął stanu zupełnej aprobaty, to w twórczości literackiej znaleźć możemy wiele wyrazów hołdu dla bohaterów powstania, choćby w cyklu nowel Gloria victis (chwała zwyciężonym) Orzeszkowej z roku 1908.

 

Program pozytywistów warszawskich

To w Warszawie, stolicy zaboru rosyjskiego, znalazł się najważniejszy ośrodek ruchu pozytywistycznego. Tu skupiła się cała śmietanka ówczesnego życia literackiego i społecznego: Bolesław Prus, Henryk Sienkiewicz, Eliza Orzeszkowa, Adam Wiślicki, Aleksander Świętochowski, Maria Konopnicka. Wszyscy oni głoszą dość zbliżone poglądy. Czasem ze sobą polemizują, najczęściej jednak przejmują koncepcje pozostałych. Z ich rozmaitych publikacji wyłania się względnie spójny program polityczno-społeczno-literacki.

Praca organiczna
Jeśli chodzi o sprawy polityczno-społeczne, wszyscy pozytywiści zgadzali się co do tego, że odzyskanie niepodległości w drodze zbrojnego powstania jest niemożliwością, a jego próba skończy się krwawą masakrą. Postulowali więc działania w sposób legalny, wykorzystywanie rozmaitych luk prawnych w celu ­budowania instytucji o charakterze społecznym. Temu z kolei przyświecały przekonania organicznikowskie, zbliżone do koncepcji Spencera. Stąd też hasło pracy organicznej, czyli oddziaływania na społeczeństwo polskie jak na ów Spencerowski organizm – z zachowaniem zasady równoważności rozbudowy poszczególnych instytucji społecznych. Pozytywiści zwracali więc uwagę na konieczność inwestowania w przemysł, wprowadzania nowoczesnych metod do rolnictwa, budowania społecznej sieci kas pożyczkowo-oszczędnościowych.
Kolejny postulat, znany w postaci hasła praca u podstaw, dotyczył rozwijania świadomości wśród niższych warstw społeczeństwa, zwłaszcza wśród chłopstwa. Przede wszystkim chodziło tu o edukację. W cyklu artykułów pod tytułem Praca u podstaw Aleksander Świętochowski tworzył program rozwoju systemu szkolnictwa podstawowego. Za wezwaniem do kształcenia społeczeństwa poszły potem setki młodych inteligentów, poświęcających się, jak słynna Siłaczka Żeromskiego, dla rozwoju świadomości społecznej.

Emancypacja kobiet
To kolejne olejne hasło pozytywizmu. Koniec wieku XIX to początek feminizmu. Pojawiają się ­pierwsze koncepcje zwiększenia praw i możliwości kobiet. Nie idzie tu nawet jeszcze o równouprawnienie, ale po prostu o to, by kobieta mogła w ogóle występować jako oddzielna i samodzielna osoba. Dotąd bowiem funkcjonuje ona jako dodatek do mężczyzny, praktycznie nie istnieje bez niego. Edukacja kobiet jest wówczas nastawiona tylko na umiejętności typowo salonowe, jak gra na ­fortepianie i posługiwanie się językiem francuskim, bądź kuchenno-domowe. W efekcie: z braku męża – bieda z nędzą. A przecież wiele kobiet straciło wówczas mężów w powstaniu, inni, po utracie majątków, pracowali na bardzo kiepskich posadach. To wszystko zamierzali zmienić pozytywiści, postulując przyznanie kobiecie prawa do nauki i samodzielnego kształtowania swojego życia. Inna sprawa, że można już wówczas znaleźć słynne kobiety, które postulat ten same wcielają w swoje życie. Przykładem Orzeszkowa, która rozwiodła się z własnej inicjatywy; tajemnicza nieco Narcyza Żmichowska czy choćby, nieco później, Maria Skłodowska-Curie. Nie można jednak zapomnieć, że działo się to kosztem ogromnego wysiłku i gigantycznych wyrzeczeń – i wymagało zdobycia naprawdę poważnej pozycji społecznej.

Asymilacja Żydów
Kolejne słynne pozytywistyczne hasło społeczne to asymilacja Żydów. Asymilacja – to znaczy przyłączenie i przystosowanie. Nie chodzi tu bynajmniej o to, jak się czasem niezbyt mądrze mawia, że pozytywiści dostrzegali „ekonomiczne zagrożenie ze strony Żydów, którzy skupiali w swoich rękach kapitał i handel”. Absolutnie nie. Chcieli oni natomiast silnego i zwartego społeczeństwa. Dlatego właśnie postulowali włączenie doń Żydów, którzy do tej pory pozostawali poza jego nawiasem. To zaś, że pozostawali oni poza nim z polskiej ­tylko inicjatywy, jest rzeczą oczywistą. Nie można też zapomnieć, że obowiązywał odwieczny zakaz posiadania przez Żydów ziemi, co poprostu zmuszało ich do zajmowania się innymi dziedzinami gospodarowania niż nasze nobilitujące, i poważnie już wówczas zacofane, rolnictwo. Pozytywiści zamierzali doprowadzić do tego, by Żydzi stali się pełnoprawnymi członkami społeczeństwa. By, pozbawione tego rodzaju podziałów, było ono silne i jednolite.

 

Krytyka literacka

Pozytywizm to także czas, w którym na stałe już zagościła w polskiej kulturze funkcja zawodowego krytyka literackiego. Ówcześni krytycy miewali często potężne wpływy. Ich pochwała lub nagana przesądzały o losie niejednej powieści. Najważniejsze są tu chyba postacie Piotra Chmielowskiego w Warszawie i Stanisława Tarnowskiego w Krakowie. Trzeba od razu dodać, że krytycy ci nie zajmowali się tylko opiniowaniem i recenzowaniem utworów. Przede wszystkim głosili, jak pisać należy, choć im samym rzadko zdarzało się napisać jakiś ciekawy utwór. Później pozytywistycznych krytyków spotkały niemałe szyderstwa ze strony młodopolan, którzy doprowadzili zresztą do tego, że na czas jakiś kategoryczny ton sędziego został przez krytyków zarzucony. Nie znaczy to jednak bynajmniej, że wielcy krytycy epoki byli niezbyt mądrzy. Absolutnie nie. W ich pracach można znaleźć naprawdę ważne i ciekawe literackie diagnozy. Często też w swoich pracach publicystycznych zajmowali się kwestiami pozaliterackimi – również w interesujący sposób.

Prasa popowstaniowa

W ciągu dziewiętnastego wieku prasa stała się podstawowym forum wymiany poglądów i toczenia walk zarówno między stronnictwami polityczno-społecznymi, jak i ugrupowaniami artystycznymi. Regułą było, że danej grupie sprzyjał określony periodyk. W momencie zaś, gdy powstawała nowa taka grupa, zwykle zakładała sobie swoją własną gazetę. W okresie popowstaniowym jak grzyby po deszczu zaczęły się mnożyć nowe czasopisma, zakładane przez formujące się ugrupowania pozytywistów. Pierwszą jaskółką był Przegląd Tygodniowy założony w roku 1866 przez Adama Wiślickiego – bardzo wojownicze pismo młodych pozytywistów; miało ono zresztą pozostać najbardziej radykalnym spośród periodyków tego pokolenia. Mniej ostre w tonie były publikacje w dwutygodniku Niwa; pozytywiści, a byli wśród nich Sienkiewicz i Prus, zaczęli się w nim pojawiać od roku 1872. Później powstały jeszcze miesięcznik Ateneum i, założony przez Aleksandra Świętochowskiego, tygodnik Prawda.

W prasie działo się literackie „wszystko”. Nawet czysto literackie utwory ukazywały się z reguły najpierw w czasopismach – powieści w odcinkach, a nowele w całości. Powieść w odcinkach była zresztą stałym elementem każdego pisma i sposobem na przyciągnięcie prenumeratorów. Poza tym wszyscy znani pisarze byli też publicystami. Prus, Sienkiewicz (pod pseudonimem Litwos), Orzeszkowa i Konopnicka bardzo często na łamach prasy zabierali głos w sprawach zupełnie nieartystycznych. Byli także wielcy pozytywistyczni publicyści nie-pisarze. Trzeba pamiętać zwłaszcza o Aleksandrze Świętochowskim i Adamie Wiślickim. To właśnie ich pióra są najważniejsze manifesty pozytywizmu. Wraz z rozkwitem dziennikarstwa rozwinął się także bardzo ważny w owym okresie gatunek publicystyczny – felieton. Była to dziedzina dziennikarstwa przeznaczona dla najlepszych. Redaktorzy starali się przyciągnąć jako felietonistów najsławniejszych pisarzy: Prusa, Sienkiewicza, Kraszewskiego. Felietony – nazywane wówczas często kronikami – ukazywały się na ogół co tydzień, w stałej rubryce, której panem był autor. Musiały jakoś dotykać spraw bieżących, „być na czasie”, ale można w nich było pisać o wszystkim, byle tylko jak najciekawiej i jak najdowcipniej. Prócz dowcipu felietonista musiał jednak także dysponować pewną dozą liryzmu. Pisanie felietonu polegało na budowaniu bardzo różnorodnej i zaskakującej konstrukcji.

Mowa ezopowa

To jeszcze jedna kwestia związana i z prasą, i z literaturą. Zaborcy utrzymywali stałą cenzurę tekstów. Najbardziej liberalną Austriacy, najostrzejszą Rosjanie. Dlatego też wykształcił się specyficzny sposób mówienia czy raczej wspominania o rzeczach niedozwolonych, za pomocą aluzji, niedomówień, skojarzeń. Autorzy prowadzili swoistą grę z cenzurą, w której chodziło o maksymalne zmylenie cenzorów, ale tak, aby zrozumieli to pozostali czytelnicy. Ten sposób pisania nazywano mową ezopową.
Istniała jeszcze jedna możliwość publikowania bez cenzury. Gdy napisało się coś skierowanego przeciwko jednemu z zaborców, można to było wydać w innym zaborze. Na ogół bowiem stosunki między państwami zaborczymi były dość chłodne.

 

Inteligencja

Okres pozytywizmu to czas, w którym naprawdę istotną rolę zyskała w polskim społeczeństwie grupa społeczna kształtująca się już od dobrych parudziesięciu lat. Inteligencja jako warstwa społeczna powstała w Europie i Polsce w ciągu XIX wieku. W okresie pozytywizmu nastąpiło zwiększenie jej liczebności, zwłaszcza ze względu na trudną sytuację szlachty po powstaniu. Komu nie odebrano majątku w trakcie popowstaniowych represji, i tak teraz ubożał. Po pierwsze, polskie płody rolne nie należały już na świecie do towarów szczególnie rozchwytywanych. Po drugie, uwłaszczenie chłopów skutecznie dobiło zacofane pod względem cywilizacyjnym i ekonomicznym polskie rolnictwo będące podstawą bytu szlachty. Szlacheckie rodziny ubożeją, jedne szybko, drugie powoli. A cóż może robić szlachcic, któremu zaczyna brakować na życie? Do wojska nie pójdzie, bo to niepatriotyczne. Musi więc znaleźć sobie pracę. Najlepiej taką, która pozwoli mu wykorzystać wykształcenie. W końcu umie pisać i czytać, i zna języki. Idzie więc pracować do jakiegoś biura. Półżartem mówimy tu o kształtowaniu się niższych warstw inteligencji, na przykład urzędników. Tak naprawdę problem był bardziej złożony. Wraz z industrializacją i kształtowaniem się społeczeństwa masowego wzrastało zapotrzebowanie na lekarzy, prawników, inżynierów, nauczycieli. Jednocześnie na skutek ubożenia szlachty pojawiali się kandydaci do takich właśnie zajęć. Większość z tych profesji wymagała wykształcenia specjalistycznego, w związku z czym ostatnim wysiłkiem finansowym upadającego rodu była na ogół opłata za edukację dzieci.
Jednocześnie, wraz z kształtowaniem się światopoglądu pozytywistycznego, powstawał tak zwany etos polskiej inteligencji – zbiór zasad jej zachowania, oscylujących wokół przekonania, że praca inteligenta jest przede wszystkim społeczną służbą, a dopiero potem posadą. Pozytywiści uważali, że najlepiej wykształceni członkowie społeczeństwa mają wobec niego największe obowiązki. Pogląd ten jest zresztą w pewnym sensie trwały do dzisiaj.

 

Pokolenie literackie

Pozytywiści to znakomity przykład niezwykle przydatnego pojęcia pokolenia literackiego. W Polsce pojęcie to ostatecznie zostało ukształtowane przez wybitnego współczesnego badacza literatury Kazimierza Wykę. Określił on pokolenie literackie jako grupę pisarzy, którzy we względnie zbliżonym wieku (co nie jest najważniejsze) przeszli coś, co można nazwać przeżyciem pokoleniowym (to jest najważniejsze). Takie przeżycie musi być czymś niezwykłym, czymś o ogromnej sile oddziaływania, dokonującym całkowitego przewartościowania dotychczasowych koncepcji literackich i społecznych, ślady zaś owego przeżycia muszą być widoczne w większości utworów reprezentantów tego pokolenia. Oczywiście, gdy idzie o pozytywistów, przeżyciem takim jest powstanie styczniowe. Niekoniecznie jednak przeżycie pokoleniowe musi mieć tak dramatyczny i druzgocący charakter. Równie dobrze może nim być, i było później, coś pozytywnego, jak choćby odzyskanie niepodległości dla skamandrytów. Z pewnością jednak musi być to coś naprawdę ważnego i swoimi skutkami obejmować zdecydowaną większość obszarów kultury.
Jeśli chodzi o literaturę polską, pojęcie pokolenia literackiego jest szczególnie przydatne, a to ze względu na naszą obfitującą w wydarzenia historię oraz jej niezwykle silny związek z wydarzeniami i procesami kulturowymi.

Prasa popowstaniowa

W ciągu dziewiętnastego wieku prasa stała się podstawowym forum wymiany poglądów i toczenia walk zarówno między stronnictwami polityczno-społecznymi, jak i ugrupowaniami artystycznymi. Regułą było, że danej grupie sprzyjał określony periodyk. W momencie zaś, gdy powstawała nowa taka grupa, zwykle zakładała sobie swoją własną gazetę. W okresie popowstaniowym jak grzyby po deszczu zaczęły się mnożyć nowe czasopisma, zakładane przez formujące się ugrupowania pozytywistów. Pierwszą jaskółką był Przegląd Tygodniowy założony w roku 1866 przez Adama Wiślickiego – bardzo wojownicze pismo młodych pozytywistów; miało ono zresztą pozostać najbardziej radykalnym spośród periodyków tego pokolenia. Mniej ostre w tonie były publikacje w dwutygodniku Niwa; pozytywiści, a byli wśród nich Sienkiewicz i Prus, zaczęli się w nim pojawiać od roku 1872. Później powstały jeszcze miesięcznik Ateneum i, założony przez Aleksandra Świętochowskiego, tygodnik Prawda.

W prasie działo się literackie „wszystko”. Nawet czysto literackie utwory ukazywały się z reguły najpierw w czasopismach – powieści w odcinkach, a nowele w całości. Powieść w odcinkach była zresztą stałym elementem każdego pisma i sposobem na przyciągnięcie prenumeratorów. Poza tym wszyscy znani pisarze byli też publicystami. Prus, Sienkiewicz (pod pseudonimem Litwos), Orzeszkowa i Konopnicka bardzo często na łamach prasy zabierali głos w sprawach zupełnie nieartystycznych. Byli także wielcy pozytywistyczni publicyści nie-pisarze. Trzeba pamiętać zwłaszcza o Aleksandrze Świętochowskim i Adamie Wiślickim. To właśnie ich pióra są najważniejsze manifesty pozytywizmu. Wraz z rozkwitem dziennikarstwa rozwinął się także bardzo ważny w owym okresie gatunek publicystyczny – felieton. Była to dziedzina dziennikarstwa przeznaczona dla najlepszych. Redaktorzy starali się przyciągnąć jako felietonistów najsławniejszych pisarzy: Prusa, Sienkiewicza, Kraszewskiego. Felietony – nazywane wówczas często kronikami – ukazywały się na ogół co tydzień, w stałej rubryce, której panem był autor. Musiały jakoś dotykać spraw bieżących, „być na czasie”, ale można w nich było pisać o wszystkim, byle tylko jak najciekawiej i jak najdowcipniej. Prócz dowcipu felietonista musiał jednak także dysponować pewną dozą liryzmu. Pisanie felietonu polegało na budowaniu bardzo różnorodnej i zaskakującej konstrukcji.