Wakacje wykorzystują na maksa: wyprawy, wyjazdy do pracy, po rozwój, spełnianie swoich pasji.
Nie siedzą w domu i nie narzekają, że brak im pieniędzy. Bo ten problem da się pokonać. Jeśli tylko się chce.

Debatować, by zobaczyć

– Chcę zobaczyć jak najwięcej nowych miejsc, spróbować różnych kuchni, zobaczyć inną architekturę. Debaty są tylko środkiem do tego celu – tłumaczy Krzysiek Krakowski, maturzysta z III Liceum im. Marynarki Wojennej w Gdyni. Ale przyznaje: prowadzenie sporów to dla niego sport – cieszy się, gdy uda mu się zagiąć przeciwnika w dyskusji, zapędzić go w kozi róg. – Zagrywki w dyskusji są czasami chamskie, ale to element gry retorycznej. Nie można dać się wytrącić z równowagi – to podstawa – dodaje. Gdy przeciwnik czegoś nie wie, kwituje to ostro. Ale kiedy sam ma problemy z odpowiedzią, mówi: – To głębszy problem, chciałbym się nad tym zastanowić.

By szlifować swoje umiejętności, jeździ na turnieje debat. Ostatnio był w Petersburgu, a w te wakacje także wybiera się na zawody. Dokładnie 17 maja kończy matury, a 18 już jest na czterodniowym turnieju debat w Katowicach. – Będą znajomi z Gdańska, Petersburga, ludzie z Ukrainy i Białorusi. – Krzysiek cieszy się z tych rozgrywek i dobrego rozpoczęcia wakacji.
Gdy wróci, będzie pracował fizycznie w gdańskim browarze, być może dorobi jeszcze tłumaczeniami – znajomy z aquaparku podrzuci materiały do przetłumaczenia na angielski. Chce uzbierać 1200 zł, bo tyle jest mu potrzebne na dwutygodniowy wyjazd do Chorwacji. Razem z piątką kolegów wynajmą tam domek, będą pływać w morzu i zwiedzać.

Wraca z końcem czerwca na ogłoszenie wyników matur. – Do 17 lipca będę walczył z uniwersytetami, starając się gdzieś dostać indeks – deklaruje. W drugiej połowie lipca chce wyskoczyć na tydzień na kolejne debaty, tym razem w Czechach.
Pod koniec lipca razem z kumplem i siostrzenicą jedzie do Wielkiej Brytanii – wujek załatwi im pracę w swoim warsztacie samochodowym. Jeśli to nie wyjdzie, to będzie w hurtowni przekładał kartony, w najgorszym wypadku trafi na farmę jak w zeszłym roku. Na niej będzie zbierał fasolkę. – W zeszłym roku zaproponowali mi rolę tłumacza na policji w Anglii, więc taka praca także wchodzi w rachubę – prognozuje. W Anglii będzie pracował do końca sierpnia, a może nawet do połowy września – chce zarobić na studia. Na wrzesień planuje zasłużony odpoczynek – jego klasa maturalna wyjeżdża na Mazury.

Wyprawa jak marzenie

Ola Nowak, z drugiej klasy liceum, już od września ubiegłego roku przygotowuje się do najbliższych wakacji. Razem z innymi uczniami z I LO w Chorzowie pomaga pakować w supermarketach wspólnie zdobywają sponsorów, bo chcą uzbierać kasę na wielką wyprawę do Indii i Nepalu. W sumie muszą uskładać niebotyczne 200 000. Część tej kwoty udało im się już zebrać, rodzice dołożą im po 3000 zł. Pojedzie około 15 uczniów oraz kilku absolwentów jako opiekunowie.
Zaraz po zakończeniu roku szkolnego będą robić szczepienia, uzupełniać braki w sprzęcie i zdobywać wiedzę na temat miejsc, które odwiedzą – każdy uczestnik przygotowuje referaty. Planują także pięć, sześć dni chodzić po Tatrach przed wyprawą – to będzie ich sprawdzian kondycji i zgrania 15-osobowej grupy. Do Delhi lecą 13 lipca. Będą podróżować po północy kraju, poznają Nizinę Gangesu, w Nepalu chcą zdobywać pięciotysięczniki, być może wyskoczą do Tybetu na tydzień. W sumie wyprawa zajmie im dwa miesiące. Dwa miesiące ich marzeń.

Żeglowanie to moje życie

– Ja chcę żeglować, ja się w tym zakochałam – przekonuje Marta Zygman, studentka pierwszego roku geologii w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Pływa od czasu, gdy skończyła dwa miesiące, bo na żeglowanie po jeziorach zabierali ją rodzice. Pod żaglami na morzu sunęła, od kiedy skończyła 15 lat, obecnie ma już patent sternika morskiego, certyfikat ukf oraz ratownika wodnego.

Zna sporo ludzi ze środowiska żeglarzy, od pewnego czasu nie ma więc problemów z uczestnictwem w rejsach. Znajomi właściciele jachtów, klubów często do niej dzwonią: „Jest rejs do obstawienia, bierzesz?”.
Za „oficerowanie” na jachcie płacą jej albo przynajmniej zwracają koszty. Pracowała już na Kapitanie Głowackim, Inie, Śmiałym, Jurandzie. – Pieniądze są żadne – 300–500, czasami 700 zł. Ale tu chodzi o doświadczenie. Trzeba pływać przez wiele lat, żeby wchodzić do portów pewnie – tłumaczy Marta.

Te wakacje także podporządkowane są rejsom. Do końca czerwca ma sesję. – Jeśli nie zdam wszystkich egzaminów w pierwszych terminach, to będzie katastrofa. Bo z powodu „kampanii wrześniowej” stracę rejs – dywaguje. Pierwszy jej cel: przejść super przez sesję.

Od początku lipca przez dwa tygodnie będzie pływać na jachcie Jurand po Bałtyku jako drugi oficer. Na kolejne dwa tygodnie wynajmuje ją agencja żeglarska z Łodzi – będzie sternikiem jachtowym podczas obozu żeglarskiego na Mazurach. – Ale jeśli jeszcze znajdzie się jakiś rejs po morzu, to zdecyduję się na niego – dodaje. W sierpniu potrzebują jej do prowadzenia 10,5-metrowego jachtu na Mazurach. Ale, być może, uda jej się załapać na prowadzenie rejsów dla turystów na Chorwacji – to będzie ciekawsza opcja.

Jako studentka geologii ma obowiązkowe praktyki wakacyjne. Może wybierać grupy, więc terminy dostosowała sobie do rejsów. Dwa takie wyjazdy zalicza pod koniec sierpnia i na początku września. Trzy dni po ukończeniu praktyk zaczyna rejs, który jest zwieńczeniem jej wspaniałych wakacji – trzytygodniowe żeglowanie po Bałtyku i Morzu Północnym. Tam będzie pierwszym oficerem.

Marta jest bardzo zorganizowana przez cały rok. Gdy z nią rozmawiałam, właśnie była tuż przed wyjazdem na trzytygodniowe praktyki w Maroku – załapała się na wyjazd z ludźmi z akademika dofinansowywany przez uczelnię. Jechali szukać skamieniałości, trekkingować po Atlasie, chodzić po pustyni. W ferie zimowe też nie próżnowała – jako instruktor narciarstwa pracowała w Szczyrku, a potem przez tydzień we Włoszech. W ubiegłe wakacje prawie dwa miesiące spędziła pod żaglami na pięciu rejsach. Bo jak się chce, to można sobie zorganizować wyjazdy bez większych pieniędzy. n