Dwunastego sierpnia zamordowano młodą pielęgniarkę, Dorotę Moser. Po niespełna trzech miesiącach w tym samym miejscu pojawiła się następna ofiara – siostra Irena. Ustalenie nazwisk zabójców nie sprawiło kłopotu, bo chociaż mordercy nie byli do końca przytomni – sami przyznali się do winy. Dlaczego obydwie dziewczyny zginęły? Kim byli sprawcy zbrodni? Gdzie w ogóle się znajdujemy?

Miejsce akcji

Usytuowana na skraju miasta willa, eufemistycznie zwana sanatorium, jest po prostu prywatnym szpitalem dla psychicznie chorych. Jego właścicielka – doktor Matylda von Zahnd – wiecznie przygarbiona stara panna z nieodłącznym stetoskopem na szyi – ma opinię doskonałego psychiatry: podobno nawet korespondowała z Jungiem. Jej pacjentami są na ogół majętni i ustosunkowani ludzie: „zramolali arystokraci, sklerotyczni politycy, schizofreniczni pisarze, milionerzy – debile, krótko mówiąc cała wytrącona z równowagi duchowej elita Zachodu”. Lekarka dba do przesady o renomę swojego zakładu. Wydawałoby się, że zabójstwa, policja, atmosfera sensacji i skandalu nie przysporzą szpitalowi dobrej sławy. Do takich samych wniosków zdaje się prowadzić zachowanie samej doktor von Zahnd, która – by bezboleśnie zażegnać całą sprawę – wysyła na rozmowę z policjantem najbardziej opanowaną i konkretną pielęgniarkę, sama zaś, jak przystało na humanitarnego lekarza, pozostaje w tym czasie przy obłąkanym zabójcy. Tak przedstawiają się fakty widziane z zewnątrz – jednak rzeczywistość okaże się jedną wielką, niemożliwą do przewidzenia niespodzianką.

Główni bohaterowie

W saloniku najczęściej można zobaczyć trzech pacjentów: Herberta Georga Beutlera, który uważa się za Newtona, Henryka Ernestiego z zamiłowaniem grywającego na skrzypcach i noszącego długie ­rozczochrane włosy oraz Jana Moltusa, który co prawda nie ma zaburzeń świadomości, ale za to twierdzi, że systematycznie odwiedza go biblijny król Salomon.

Wszyscy trzej wyglądają na nieszkodliwych wariatów, żyjących we własnym wyizolowanym świecie i byliby wzorowymi pacjentami, gdyby nie fakt, że to wśród nich znajdują się mordercy pielęgniarek.
Newton udusił siostrę Dorotę, zaś Einstein rzucił się na Irenę (po jej zamordowaniu grał spokojnie „Sonatę Kreutzerowską” Beethovena). Przerażająca historia, ale znajdujemy się w końcu w szpitalu dla obłąkanych, gdzie zdarzają się różne przypadki. Po głębszym zastanowieniu dziwniejsze od samych morderstw wydaje się postępowanie lekarki. Czy dobry psychiatra może nie zdawać sobie sprawy, że pozornie spokojni chorzy są bardzo agresywni? Dlaczego – znając ich stan nie odizolowała ich od otoczenia? Co powstrzymywało ją od zatrudnienia w miejsce dziewcząt silnych, wysportowanych pielęgniarzy, skoro zalecała to nawet policja? Na razie, zamiast zastanawiać się nad motywami jej postępowania, powróćmy na chwilę do salonu, bo zdaje się, że ktoś właśnie do niego wchodzi.

Kolejna ofiara

To gość pana Möbiusa. Nie jest nim bynajmniej król Salomon ani żadna inna urojona postać, lecz jego była żona. Jakiś czas temu rozwiodła się z nienormalnym profesorem fizyki, a teraz przyszła się z nim pożegnać przed wyjazdem z kraju. Przyprowadziła ze sobą synów. Möbius zdaje się prawie ich nie poznawać, przedstawiają się więc kolejno ojcu i opowiadają o swoich planach na przyszłość. Gdy najmłodszy zwierza się, że chciałby zostać fizykiem, w Möbiusa jakby wstępuje zły duch. W amoku intonuje wymyśloną przez siebie na poczekaniu pieśń: „Psalm Salomona dla kosmonautów”, rzuca się, krzyczy, dostaje szału. Wizyta zostaje natychmiast przerwana, rodzina wyproszona, a chory dostaje się pod fachową opiekę siostry Moniki. Rozmowa ze spokojną pielęgniarką przynosi mu ukojenie. Ciepła i ujmująca dziewczyna każdym słowem zdaje się zachęcać do zwierzeń.

Opowiadając o kolejach swojego życia Möbius przyznaje, że wcale nie jest wariatem, w Monice pękają wszystkie hamujące ją dotąd opory i wyznaje swemu podopiecznemu miłość.
Kocha go od dawna – od samego początku była pewna, że Jan Möbius jest zupełnie zdrowym psychicznie, interesującym mężczyzną. Monika odważnie proponuje mu wyjazd i wspólną przyszłość. W tym miejscu akcja się komplikuje. Möbius też zainteresowany jest Moniką, ale jej propozycja zdaje się wprawiać go w popłoch. Zamiast ucieszyć się z odwzajemnionego uczucia, wyszukuje on irracjonalne przeszkody, które jego zdaniem całkowicie uniemożliwiają bycie razem. Monika jednak jest uparta i nie pozwala zbyć się słowami. Rozmowa kończy się dla niej tragicznie – skoro nie pomaga perswazja, Möbius dusi dziewczynę firanką.

Odkrywanie tajemnic

Dlaczego zginęły Dorota oraz Irena? Podobnie jak Monika zorientowały się, że żaden z fizyków (Newton i Einstein, zanim trafili do „sanatorium” też byli naukowcami i zajmowali się badaniem radioaktywności) nie był chory, że cała ta szopka z majakami, zwidami i skrzypcami Einsteina jest czymś na kształt teatralnego przedstawienia. Jaki był jego cel? Co trzymało zdrowych mężczyzn w tym nie najprzyjemniejszym przecież przybytku? Tego dowiesz się już w trakcie lektury.
Uważaj jednak, by w pogoni za rozwiązaniem ekscytującej zagadki nie umknął Ci nawet najmniejszy fragment dialogu. W tych chwilami może nieco nużących rozważaniach o istocie nauki zawarte jest bowiem przesłanie utworu i cała nieprzewidywalna do samego końca po mistrzowsku skonstruowana intryga.

Nauka kontra etyka

Po ostatnim zabójstwie sytuacja w szpitalu diametralnie się zmieniła – zaostrzono rygor, w oknach pojawiły się kraty, a miejsce pielęgniarek rzeczywiście zajęli atletyczni sanitariusze. Newton i Einstein proponują ucieczkę, ale jej powodzenie będzie zależało od tego, czy cała trójka zdoła się wzajemnie skonsolidować i działać we wspólnym interesie. Ale jak to zrobić, jeśli przez cały czas wszyscy spierają się nie o szczegóły związane z planowaną ucieczką, ale o sens oraz istotę nauki, która od lat stanowiła sedno ich życia?

Zdaniem Newtona wiedza jest wartością samoistną, która stoi ponad wszystkim – polityką, podziałami ustrojowymi, moralnością. Nieważne, w jakim systemie politycznym żyje się i pracuje oraz kto skorzysta z wyników pracy – dla naukowca każde państwo jest równie dobre, jeżeli tylko stworzy mu odpowiednie warunki do pracy, da do dyspozycji środki finansowe, laboratoria. Nie jest też istotne, do jakich celów wykorzystane zostaną odkrycia – ważne, że w ogóle powstaną. Wiedza posunie się do przodu, stanie się bogatsza, zbliży się do granic poznania.

Einstein – przeciwnie – przez cały czas rozważa problemy moralne, zmaga się z myślą o odpowiedzialności naukowca, który wraz ze swoim odkryciem oddaje w ręce ludzi nową siłę, która może być wykorzystana nie tylko do szlachetnych celów, ale posłużyć też ideom sprzecznym z zasadami humanizmu.
„Nie powinniśmy uchylać się od odpowiedzialności. Dajemy ludzkości potężne źródła siły. To nam daje prawo stawiania warunków. Musimy stać się politykami siły, właśnie dlatego, że jesteśmy fizykami” – stwierdza. I trudno polemizować z postawą tego naukowca – humanisty, ale przecież z jego dalszych wywodów niezbicie wynika, że nie służy on tylko moralności i nauce: do szpitala przybył obarczony pewną misją (jaką?).

Chyba na najwyższe uznanie zasługuje postawa Möbiusa, który gdy zorientował się, że wyniki jego badań mogą przyczynić się do zagłady świata, zrezygnował i z kariery uniwersyteckiej, i z og­rom­nych pieniędzy oferowanych mu przez przemysł zbrojeniowy, poświęcił swoje szczęście osobiste i pomyślność swojej rodziny.

Ale okazało się, że nawet szpitalne mury nie ochroniły jego dokonań: ktoś wpadł na ich trop i korzystając z wywoływanego za pomocą leków snu Möbiusa wszedł w posiadanie rezultatów jego badań. Mało tego – zbudowane zostały już fabryki i lada dzień ruszy produkcja nowej kosztownej broni.

Kto mógł przechytrzyć uwikłanego w tysiące wewnętrznych dylematów profesora, kto okazał się tak przebiegły, a zarazem tak wysoce nieetyczny?

Zachodzą obawy, że nie jest to osoba całkowicie zrównoważona psychicznie (ale nie jest nią ani Einstein, ani Newton). Jak żyć ze świadomością, że losy świata spoczywają w rękach szaleńca?

 

Uwaga!
W założeniu komedia Dürrenmatta miała pełnić rolę ostrzeżenia. Miała uświadomić ludziom, na jakie bezdroża może zaprowadzić ich niekontrolowany rozwój nauki, pogoń za pieniądzem (przemysł zbrojeniowy!) i spryt polityków sprawujących władzę nad światem. Sanatorium jest doskonałą metaforą tego świata. Żaden system polityczny nie może być w pełni humanitarny. W dobie lawinowego rozwoju techniki, inżynierii genetycznej, dylematów moralnych narastających wokół coraz bardziej realnego klonowania ludzi problematyka „Fizyków” nie tylko nie straciła nic ze swojej aktualności, lecz wzbogaciła się o dodatkowy wymiar.