„Do rozpalania grilla, to może się pani nadaje, ale nie na moje laboratorium” –  niejeden docent tak właśnie buduje swój autorytet. Ale istnieją też wykładowcy, którzy pomogą znaleźć mieszkanie, pogadają o filmie i pomogą Ci uwierzyć w siebie. Wiedząc z kim się ma do czynienia, łatwiej będzie przebrnąć przez studia.

Wybitni naukowcy i znudzeni rutyniarze. Tacy, którzy czerpią radość z tego, że ich wykład poszerza horyzonty słuchaczy i tacy, którzy pracę na uczelni traktują jako zajęcie uboczne. Zawistni karierowicze i przyjaciele młodzieży. Jak ich rozpoznać? Pytać starszych kolegów, obserwować, wyciągać wnioski. Aby Ci pomóc, przygotowaliśmy listę przykładów.

Z zegarkiem

Przychodzi zawsze bardzo punktualnie. Zawsze przygotowany. Od czasu do czasu rzuca okiem na notatki, ale równie często spogląda na zegarek. Ma dobry zwyczaj podsumowywania tego, co powiedział w trakcie wykładu. Nie ma mowy, żeby po wykładzie podejść do niego i o coś zapytać. Zajęcia na uczelni to jeden z jego wielu obowiązków. Jest także ekspertem, doradcą, wchodzi w skład różnych komitetów. Wszystkie te funkcje traktuje poważnie. A jeśli przekłada zajęcia, informację o tym, wywiesza na tablicy ogłoszeń z przyzwoitym wyprzedzeniem. Czas innych traktuje bowiem, podobnie jak swój, jako wymierną wartość. Lubi dobrze, jego zdaniem, brzmiące słowa, takie jak koherentny czy probabilny. Ale to nie jest wielka wada.

Za matową szybą

Wyraźnie znudzony tym, co mówi. Nie interesuje go to, czy studenci go słuchają, a tym bardziej to, czy go rozumieją. Wszystko mu jedno, czy na sali jest siedem osób czy dwadzieścia. Ewentualne pytania traktuje jak nietakt. Jeżeli zmusi się go, żeby coś wyjaśnił, robi to z nieukrywaną niechęcią. Odgrodzony od studentów matową szybą. Niedostępny, prawie niewidoczny. Na uczelni tkwi tylko po to, by dorobić się tytułu. Słowa panie profesorze łyka jak słodką marmoladkę, bo przecież tylko na tej profesurze mu zależy. Gdy na egzaminie stawia pytanie, to w ogóle nie słucha odpowiedzi. Nigdy nie wiadomo czy mówić dalej, czy przestać. Wreszcie można od niego usłyszeć: no, niech będzie, jakby robił łaskę.

Mamrotka

Staje na katedrze, rozkłada notatki, zagląda do nich i zaczyna mamrotać. Mamrocze monotonnie przez całe zajęcia. Mówi dokładnie to, co opublikowała w swojej książce. Te same przykłady, te same cytaty. A jej książka ukazała się jakieś dziesięć lat temu… Czasami nie zdąży wyczerpać tematu, bo akurat źle zaplanowała ilość rozdziałów do recytacji. Wcale jej to nie peszy. Po prostu mówi: Resztę materiału znajdą państwo… tu numer rozdziału i strony. Tytułu książki nie podaje, bo i tak wiadomo, o jaką jej chodzi.

Do lubienia

Wszyscy ją lubią. Już na pierwszych zajęciach ośmiela. Mówi, że rozumie tych, którzy zaczynają studia. Prosi, żeby nie udawać, że wszystko się rozumie. Jeśli się nie wie trzeba pytać – ona postara się wytłumaczyć niejasności. Przecież uczelnia jest właśnie po to, żeby wiedzę rozszerzać, a nie twardo egzekwować. W czasie wykładu spogląda na salę i pyta: czy jasno się wyrażam? czy wszystko jasne?. Zamiast użyć ulubionego przez wielu wykładowców: „to nie szkółka, proszę państwa, to uczelnia wyższa”, powie raczej: „musicie sobie sami dać radę, sami wyciągać wnioski”.

 Zgaga

Już na pierwszym spotkaniu oświadcza z naciskiem: i tak jeszcze przed końcem roku odpadnie, co najmniej jedna trzecia z was. Potem co rusz przypomina o zatrważającym, coraz niższym poziomie kolejnych roczników. Dobrze jest pobyć sobie studentem, a państwo płaci – akcentuje. Szczególnie, jego zdaniem, kobiety zaśmiecają uczelnie. Biada nad upadkiem nauki i brakiem szacunku dla kadry. Dowodem na to są chociażby stroje, w których przychodzi się na egzamin. A egzamin u niego to loteria, trudno liczyć na wygraną. On wyznaczył sobie normę, którą wytrwale wyrabia. 70-80 procent oblanych. I w pierwszym i w drugim podejściu.

Księżna udzielna

Musi mieć wokół siebie dwór. Dopiero wtedy czuje się dowartościowana. Zawsze znajdzie jakiś pretekst, żeby zatrudnić kilka osób. Trzeba coś jej przynieść, zanieść, wyszukać, kserować. Czasem w nagrodę zaprasza do siebie na kawę. Ciągle podkreśla, że chętnych byłoby wielu, ale ona wybiera. Urządza jakieś niby prywatne sympozja, na których cytuje tytuły swoich książek. W swojej specjalności jest autorytetem, ale lubi, gdy jej się to wciąż powtarza. Jeżeli powołuje się na czyjąś inną pracę, to podkreśla, że została napisana z jej inspiracji czy pod jej kierunkiem, lub że ten ktoś rozwinął jej tezę. Owszem, chętnie pomaga, ale tylko wtedy, gdy pomysł studenta nie jest zbyt oryginalny.

Świergotka

Przekłada jakieś notatki, wycinki, ciągle czegoś szuka. Wykazuje dużo dobrej woli, chce przekazać jak najwięcej, jednak mówi tak chaotycznie, że nie da się śledzić toku jej myśli. Ciągle zawraca z głównego tematu mówiąc: aha, zapomniałam dodać… albo trzeba jeszcze uzupełnić, nie wiem, czy wspominałam już o tym…. Pełna entuzjazmu, na gorąco, dzieli się swoimi odkryciami: właśnie przyszło mi do głowy, że można to zinterpretować tak… albo właśnie znalazłam niebywale ciekawy tekst, proszę posłuchać. Czyta, rozważa, głośno rozumuje. Nigdy nie wiadomo, co jest ważne, co zapisać. Zresztą i tak zanim skończy, przeskakuje do innego tematu. Ma dużą wiedzę, ale tak nieuporządkowaną, że dla studentów prawie zupełnie bezużyteczną. Natomiast egzamin u niej to czysty miód. Sama odpowiada na pytania.

Autoautorytet

Kiedyś napisał opasły podręcznik. Wciąż aktualny, wciąż obecny na liście lektur obowiązkowych. Ten podręcznik to biblia. Wystarczy go opanować i do żadnej innej książki nie trzeba zaglądać. I lepiej nie próbować. Jeśli coś się doda, rozszerzy, zaraz pada pytanie: skąd pan to wie? gdzie pani to wyczytała? Jeżeli w dodatku ktoś się powoła na autora, z którym rywalizuje, sprawa przechlapana. Przecież tylko on jest autorytetem. W czasie wykładu nie wymienia wprawdzie nazwisk rywali, ale polemizuje z nimi, mówiąc: błędne jest przekonanie jakoby… (tu cytuje pogląd innego) lub nie ma żadnych podstaw, aby domniemywać… (w nawiasie, jak obok).

Snob na luzie

Pracował na uczelni w Stanach rok czy dwa. Przypomina o tym nieustannie. Co piąte słowo – angielskie. Powołuje się na jakieś tamtejsze autorytety, a nie wiadomo, czy tacy ludzie w ogóle istnieją. Poleca wyłącznie anglojęzyczne lektury. Za trudne? Chyba żartujecie! – powtarza. Sposób bycia też ma amerykański. Żuje gumę, je banany, komórki oczywiście nigdy nie wyłącza. Zajęcia u niego to raczej strata czasu.

Sfinks

Chodzi między stołami z pokerową twarzą, czasami rzuci jakąś uwagę, z której nic a nic nie wynika. Na przykład: tak to pani widzi albo zobaczymy, co będzie dalej. Gdy się go poprosi, żeby powiedział, co rzeczywiście myśli, żeby ocenił, potrafi powiedzieć: każdy szuka swojej drogi czy też nie widać tu wpływu procesu dydaktycznego. Nigdy nie wiadomo, czy to dobrze, czy źle. Czasami okazuje coś w rodzaju zainteresowania światem zewnętrznym o czym świadczy przecieranie okularów.

To jest ktoś

Na zajęciach ma zawsze pełną salę, nawet jeśli nie są obowiązkowe. Przekradają się nawet ci z innych kierunków. Wszyscy wiedzą, że warto przyjść wcześniej, żeby zająć dobre miejsce. Wykładowca mówi pięknym językiem, jasno, przejrzyście. Kiedy się go słucha, to człowiek czuje, że mu się rozszerzają horyzonty. Nie ogranicza się ściśle do swojej specjalności. Udowadnia, niby mimochodem, jak różne dziedziny nauki zazębiają się o siebie, jak zwodnicze bywają naukowe podziały, bo żadne zjawisko nie istnieje w oderwaniu od innych. Wyjaśnia jak złudne bywają iluzje, że wiemy już coś z całą pewnością, a może to dotyczyć zarówno pochodzenia człowieka, jak i meteorytu tunguskiego, młodości Mickiewicza czy przyczyn choroby wrzodowej. To człowiek ogromnej wiedzy i wielkiej kultury. Po prostu ktoś. Do tego skromny. Jeżeli zorientuje się na przykład, że ktoś nagrywa jego wykład, mówi, że może nie warto, bo on po prostu lubi dzielić się swoimi myślami i nie ma aspiracji, żeby tworzyć kanony.

Nie jest to z pewnością pełna lista akademickich indywidualności i indywiduów, ich sposobów bycia i zachowań.  Jak się rozejrzycie, sami dopiszecie ciąg dalszy.