Pablo Picasso, Marcel Duchamp, Jackson Pollock, Andy Warhol, nazwiska można wymieniać bez końca! Stulecie szokujących pomysłów, w sztuce wiek artystycznych indywidualności. Niby wszystko już było – ale sedes albo puszka coca-coli?

Oto wiek XX.

1907

Pablo Picasso kończy swój obraz, który zostanie później okrzyknięty jednym z najważniejszych arcydzieł XX wieku, Panny z Avignon. Już w samym tytule kryje się pewna dwuznaczność. Avignon to miasto w południowej Francji, znane wszystkim dzięki uroczej piosence opowiadającej o urokach mostu na Rodanie. Picasso jednak nie ma ochoty portretować młodych mieszkanek tego szacownego grodu. Bardziej interesują go kobiety z domów publicznych przy jednej z paryskich ulic – ulicy Avignon właśnie.

Obraz wywołuje burzę. Wszyscy, nawet najbliżsi przyjaciele Picassa są skonsternowani. I to wcale nie tematem. Wprawdzie pięć ukazanych na obrazie panien wyzywająco prezentuje swe nagie ciała, jednak Paryż początku XX stulecia widział już niejedno. Krytyków i artystów bulwersuje coś innego. Ciała panien są kanciaste, zdeformowane, ich twarze przypominają maski dzikich, afrykańskich plemion.

Podczas malowania Panien z Avignon Picasso nabiera pewności: w sztuce nie chodzi o piękno, ale o pierwotne uczucie i ekspresję. Panny z Avignon stają się przełomem w życiu artysty i jednym z największych przełomów w sztuce XX wieku. Od tego dzieła rozpoczyna się kubizm, kierunek, który radykalnie zrywa z tradycją. Malarz-kubista jak gdyby obchodzi przedmiot dookoła i przenosi na płótno jego wizerunek widziany z kilku stron na raz, a równocześnie rozbity na pojedyncze elementy. Jego celem jest poszukiwanie czwartego wymiaru, który ma powstać ze złożenia obrazów przedstawionych na płaszczyźnie malarskiego płótna.

1920

Z niewielkiej, papierowej reprodukcji spogląda na nas tajemnicza piękność. Na jej twarzy maluje się najsłynniejszy uśmiech świata. To Mona Lisa, arcydzieło Leonarda da Vinci. Coś jest jednak nie w porządku. Reprodukcja jest marna, w dodatku kiczowato podmalowana. Nie to jednak jest najgorsze. Tajemniczy uśmiech osłaniają wywinięte do góry wąsiki, przypominające trochę te, którymi chlubił się Salvador Dali. Co więcej – oblicze włoskiej piękności otacza krótka kozia bródka! I jeszcze coś. W prawym dolnym rogu obrazka znalazło się miejsce na podpis autora: Marcel Duchamp.

Mona Lisa z wąsami lub L.H.O.O.Q. – taki tytuł nosi dzieło Duchampa. Artysta należy do młodego pokolenia dadaistów, którzy nie mają ani szacunku, ani litości dla starych mistrzów i nobliwych arcydzieł zamkniętych w pustych, nudnych ich zdaniem muzeach. Ich najgroźniejszą bronią jest kpina i śmiech. „Dada” – słowo, od którego powstała nazwa ruchu dadaistów – nie znaczy nic. Artyści spod tego znaku głoszą bezsens wszelkiej sztuki. Wywołują skandale. Doprowadzają publiczność do pasji.

Marcel Duchamp już w 1912 roku uznaje „zwyczajne” malarstwo za bezsensowne. Odkrywa „swoją” sztukę – ready-mades, czyli przedmioty gotowe, którym poprzez ich nazwanie nadaje nowy sens lub też równie dobrze bez-sens. Jeden z nich, w swoim czasie wyjątkowo bulwersujący, to Fontanna z 1917 roku, czyli pisuar sygnowany nazwiskiem producenta. Właśnie do ready-mades należy Mona Lisa z wąsami. Duchamp nie napracował się przy niej zanadto. Jedyne ślady, jakie pozostawił na gotowej reprodukcji, to wytworny zarost i, rzecz jasna, podpis. Artysta oczywiście kpi sobie z arcydzieła i całej europejskiej kultury, wyszydza je i celowo sprowadza do poziomu kiczu. Tylko czekać, aż publiczność zachwyci się jego dziełem i uzna je za równe temu, które namalował Leonardo.

Ale Duchamp mówi też co innego: „Wszystko, czego dotknie artysta jest sztuką”. Sztuką nie jest więc pracowite zamalowywanie płótna centymetr po centymetrze, ale pomysł, koncept. A im więcej szumu wokół artysty, tym lepiej dla niego.

1947

II wojna światowa spustoszyła Europę. Awangarda przenosi się do Ameryki. Stany Zjednoczone oferują nie tylko względny spokój i dobrobyt, ale kryją też egzotyczną i słabo jeszcze znaną kulturę Indian. Interesuje się nią Jackson Pollock – malarz, który wkrótce stanie się jednym z najbardziej znanych artystów stulecia.
W 1947 roku Pollock maluje Numer 1. Podczas pracy nad tym obrazem artysta porzuca tradycyjny warsztat malarski. Rozlewa i chlapie farbą prosto z wiadra na płótno, rozpostarte na ścianie lub po prostu położone na podłodze. Rezygnuje z pędzli, a farbę rozprowadza kawałkami drewna, nożami, w najlepszym razie posługuje się szpachlą. Nie zawsze zresztą poprzestaje na farbie. „Maluje” też piaskiem i drobinami szkła. Jego obrazy są nie tylko pozbawione treści, ale także formy. Pollock nie planuje jej z założenia, woli polegać na „nieświadomej” spontaniczności (od tej metody twórczej, określanej jako „spontaniczna akcja”, pochodzi angielska nazwa zapoczątkowanego przez niego kierunku – action painting). Forma nie jest już sztuce potrzebna. Sztuka jest chaosem, czystą ekspresją i gestem. Bardziej niż ostateczny efekt liczy się w niej akt twórczy artysty.

Pollock łatwo zdobywa uznanie i zostaje okrzyknięty przywódcą awangardy. Dopiero parę lat później, gdy powraca do malowania ludzkich postaci, podnoszą się głosy protestu przeciwko rzekomemu kompromisowi artystycznemu, który popełnił. Do panteonu amerykańskiej awangardy przywraca go dopiero tragiczna śmierć w wypadku samochodowym w 1956 roku.

1962

Ale Ameryka jest coraz bardziej zmęczona niezrozumiałym malarstwem dla elit. Ameryka żyje w rytmie rock and rolla. Potrzebuje innej sztuki.
Młodzi artyści przełomu lat 50-tych i 60-tych przeżywają gwałtowną fascynację komiksem, przedmiotami powszechnego użytku, odpadami kultury masowej, słowem tym wszystkim, co mieści się w pojęciu „pop”. Ich przywódca – Andy Warhol – rzadko używa pędzla, stara się w ogóle nie malować sam. Od wszystkiego są „czeladnicy”. Jego pracownia to Fabryka, przez którą przewijają się zbuntowani adepci malarstwa, poeci, awangardowi tancerze i filmowcy, wszelkie nowojorskie dziwadła. Są wśród nich i członkowie rockowego zespołu The Velvet Underground, uznawani za jednych z prekursorów punk rocka. Każdy liczy na swoje pięć minut sławy. Warhol posiada szczególną umiejętność wytwarzania wokół siebie niepokojącej aury skandalu. Z jego Fabryki wychodzą setki prac. Ideałem jest dla niego maszyna produkująca arcydzieła.

Jednym z „arcydzieł” Warhola jest Rozerwana zupa Campbella Czarna Fasola. Zupa w puszce, którą możesz kupić w każdym supermarkecie. Tysiące zup, a wszystkie takie same. Ta jedna oczywiście różni się od pozostałych. Jest „rozerwana” i zdeformowana. Jest cywilizacyjnym śmieciem bez żadnego znaczenia. Puszkę Campbella „pracownicy” Fabryki reprodukują setki razy. Podobnie jak obrazy butelki Coca-coli, wizerunki gwiazd pop-kultury (Marilyn Monroe, Elvisa Presleya czy Jackie Kennedy), albo elektrycznego krzesła.

O co chodzi Warholowi? Na pewno o pieniądze i sławę, wcale tego nie ukrywa. Ale czy o coś więcej? Szydzi z amerykańskiej kultury, ale równocześnie jest jej gorącym wyznawcą. Stara się działać tak, jak działa kultura pop. Odrzuca sztukę arcydzieł, tych pojedynczych, niepowtarzalnych, jedynych w swoim rodzaju. Tworzy nowy kierunek: pop-art. Jest największą gwiazdą swojej sztuki i nie ukrywa, że to właśnie najbardziej mu odpowiada. Nie­którzy go uwielbiają, inni nienawidzą. Jedno jest pewne. Jest ostatnim z wielkich, ­naprawdę znanych i ważnych artystów XX wieku.