Tadeusz Konwicki urodzony w 1926 r w Nowej Wilejce, wychowany w Kolonii Wileńskiej tuż koło Wilna, ukochał ten pejzaż. Później, już jako dorosły twórca niejednokrotnie ujawni sentyment do tych miejsc. Konwicki to nie tylko pisarz. Ma za sobą także rozdział pracy dziennikarskiej, jest dziś też znanym reżyserem.

Dlaczego „apokalipsa”?

Apokalipsa to termin wzięty z Biblii. Oznacza szczególny rodzaj proroctwa opisującego tajemnicę czasów ostatecznych i sensu dziejów. Apokaliptyczny charakter miały na przykład niektóre proroctwa Izajasza z ksiąg Starego Testamentu, a w Nowym Testamencie zapowiedzi Sądu Ostatecznego znajdujemy w Objawieniu św. Jana (ostatnia i jedyna prorocka księga Nowego Testamentu).
Potocznie pojęcie apokalipsy utożsamia się z zagładą, ale nie odpowiada to ściśle treści Objawienia…, ponieważ św. Jan w swoim proroctwie zapowiada powstanie – po dniu sądu i kary dla grzesznych – nowego świata, nowego Jeruzalem.

Utwór Konwickiego nawiązuje do apokalipsy jako formy wypowiedzi:

  • Sposobem przedstawienia świata, który jest arealistyczny, wizyjny, oniryczny.
  • Pojawieniem się (poza Apokalipsą) innych motywów biblijnych. Są to: Golgota, całopalenie, Sąd Ostateczny, dolina Jozafata, antychryst.
  • Zapowiedzią katastrofy dokonującej się na kilku płaszczyznach:
    • kosmosu,
    • Warszawy,
    • w sferze ludzkich wartości,
    • w indywidualnym losie bohatera, dla którego „nadciąga, zbliża się czy raczej przypełza (jego) własny koniec świata”.

Każdy z tych katastroficznych kręgów jest uzupełniany oraz ilustrowany szczegółami, które pojawiają się podczas dwunastogodzinnej (linearny czas powieści) wędrówki bohatera przez Warszawę.
Te godziny to zbliżanie się do widowiskowego samobójstwa, do którego skłaniają go koledzy z opozycji.

Realia powieści Mała apokalipsa

Jest rok 197… Typowe dla Konwickiego rozmazanie czasu, lecz tu ukazuje możliwości manipulacji politycznej. Miejsce – Warszawa. Cała nienaruszalna struktura – charakterystyczne budowle stolicy – Pałac Kultury, gmach KC, most Poniatowskiego – zaczynają trząść się w posadach, autor wyraźnie je „narusza” i chce powalić. Bohater – typowy intelektualista lat 70. Cechami charakterystycznymi są okulary i… poczucie beznadziejności. Jest wciąż mylony z kimś innym (jakby bez twarzy). Należy do opozycji. Jest pisarzem, ale nie może pisać. Opozycyjni współdziałacze odwiedzają go z nakazem misji: oto nasz bohater ma dokonać przed Pałacem Kultury aktu samospalenia. Ostatni dzień życia bohatera to wędrówka po Warszawie. Tego ostatniego dnia ma okazję docenić jeszcze fundamentalne wartości ludzkiego życia, takie jak miłość (epizod z Nadzieją), wierność (epizod z Pikusiem) i przekonać się o tym, jak nieodgadnieni są ludzie. Przestrzeń, którą przemierza bohater, jest metaforą Drogi Krzyżowej. Oto niektóre stacje tej męki: spotkanie z komunistą Sacherem i nieszczęsnym Kobiałką, który choć był dygnitarzem, usiłował zaprotestować, rozbierając się przed kamerami, z ukochaną kobietą Nadieżdą i kobietami z przeszłości… Ostatni akt miłosny w upadającym budynku Szpilek nabiera szczególnej wymowy – świadczy o głodzie życia. Znów, jak często w prozie Konwickiego, pojawia się kawiarnia – Paradyz – w jej piwnicach następuje przesłuchanie bohatera. Czytelnik podąża za bohaterem, śledzi jego spotkania, rozmowy i obserwacje. Po tym ostatnim dniu doświadczeń i rejestracji prawdy o życiu – rozstajemy się z pisarzem, gdy odmierza ostatnie kroki pod Pałac Kultury, by dokonać ostatniego ważnego czynu, samospalenia w akcie protestu przeciwko uczynieniu z Polski kolejnej republiki ZSRR…

Interpretacja powieści Konwickiego

Chyba łatwiej było pojąć sens Małej apokalipsy tym, którzy zakosztowali dorosłego życia w Polsce Ludowej: widzieli z jednej strony świat pochodów, czerwonych transparentów, szczytnych haseł, z drugiej – szarą codzienność – pustych półek sklepowych, kolejek po podstawowe artykuły. Ta groteskowa powieść oddaje właśnie absurdy funkcjonowania PRL-u, klimat kłamstw, donosów, małości i szarości.

Różne aspekty powieści

  • Wymiar polityczny
    Jest to powieść-protest przeciw systemowi totalitarnemu. Nie bez chwytów karykaturalnych – obnaża autor paradoksalne skutki życia w totalitarnym ustroju. Obrazowanie to chwilami przypomina świat orwellowski. Oto dawną kulturę skutecznie się niszczy – wchodzi w jej miejsce nowa: „obowiązująca”. Zafałszowania, postępująca anonimowość ludzi, zatarcie granic krajów i systemów, karykaturalne postacie wodzów państw – oto elementy wyśmiewanej, lecz dobrze skonstruowanej rzeczywistości socjalistycznego państwa. Zauważmy, że dużą rolę odgrywa tu kontrast między światem rzeczywistym a światem przedstawionym w wersji „propagandowej”. Jak wygląda świat rzeczywisty? Jest to świat kilometrowych kolejek po każdy towar, brudnych ulic, byle jakiego jedzenia w barach, mieszkań pozbawionych wody, gazu, prądu itp. Nawet opozycja jest jakby zniewolona przez system. Z kolei obok funkcjonuje inny świat: flagi, transparenty i pochody – atmosfera państwowego święta, podczas którego wszyscy chwalą i wielbią ustrój, w którym żyją. Ten kontrast szokuje i dziś wydaje się nierealny, lecz mimo swojej karykaturalnej formy – jest, a raczej był, upokarzająco prawdziwy. Jest zatem Mała apokalipsa panoramiczną wizją totalitarnego świata, jego ośmieszeniem, lecz także bolesną krytyką.
  • Wymiar filozoficzny
    Akt samospalenia bohatera jest tylko pretekstem do wędrówki w poszukiwaniu prawdy o życiu, do rejestracji w kosmicznym tempie podstawowych doświadczeń, takich jak: uczucie, zdrada, poszukiwanie sensu życia. Okazuje się, że to życie nie ma głębszego sensu. Wolny staje się człowiek dopiero w obliczu śmierci. Nie jest jednoznaczne oblicze ludzkie ani prawda. Antychryst, czyli „zło”, przybył. I, co najgorsze, zło jest rozdrobnione i obecne w każdym człowieku. Nasze grzechy to służalczość i prywata, zdrada i zniechęcenie. A co naprawdę przeraża w tej etycznej dyskusji, to fakt, że zło przybrało postać dobra – zło stało się dobrem, bo nie można już rozróżnić wartości.

Sens tytułu

Dlaczego Tadeusz Konwicki nazwał swoją powieść polityczną właśnie Małą apokalipsą? Najprościej byłoby odpowiedzieć, że dlatego, iż rzeczywistość, którą przedstawia, jest światem apokaliptycznym, zbliżającym się ku końcowi, upadkowi – lecz świat ten jest mały, wręcz można powiedzieć – prywatny, zatem i apokalipsa jest mała. Mała zapowiedź upadku małego świata. To, oczywiście, jeszcze nie wszystko. Co nazwalibyśmy apokalipsą wielką, prawdziwą? Pierwsze skojarzenie to Apokalipsa św. Jana, ostatnia księga Biblii – czyli objawienie, zapowiedź końca świata ubrana w tajemnicze znaki i symbole. Następne skojarzenie – z założeniami katastrofistów przeczuwających upadek cywilizacji Zachodu – wielka uniwersalna katastrofa. Tutaj zaś, w wydaniu Konwickiego obserwujemy naszą małą, polską apokalipsę. Mamy do czynienia z przepowiednią upadku świata pogrążonego w totalitarnym systemie.

Apokalipsa polska

– bo realia warszawskie przedstawione są tu jako chaos, wśród ludzi nie ma cnotliwych – są tu albo zdrajcy, albo przekupieni, albo przestraszeni. System – powoduje całkowity upadek wartości i staje się normalnością. Gmachy i mosty Warszawy trzęsą się w posadach. Jako największy grzech pleni się obojętność. Nędzna rzeczywistość, marny mechanizm są w stanie rozkładu, skarlałe wartości i skurczony świat PRL-owskiej Warszawy. Tak więc apokalipsa – też musi być mała.

„Mała” znaczy też prywatna

Bohater ma zaprotestować przeciwko obojętności aktem samospalenia. Jest to, jak sam mówi: „mój własny koniec świata”, który nie nadciąga, nie przybywa nawet, lecz… przypełza. Przed absolutnym końcem bohater odbywa jeszcze dantejską wędrówkę po różnych kręgach – to jest po różnych strefach miasta, w poszukiwaniu sensu i prawdy. Jest to więc też apokalipsa w prywatnym rozrachunku bohatera – jednostkowa – oto dlaczego jest mała. Lecz jak w ogóle rozpoznajemy, że jest to apokalipsa? Konwicki tak kształtuje przedstawioną rzeczywistość, że znajdujemy w niej wiele nawiązań do Apokalipsy biblijnej. Oto znaki: odzywa się głos przestrogi z ekranu kina. Ulicami jadą czarne limuzyny, widzimy trąby, orkiestry przedszkolaków. Charakterystyczna jest wizja sali restauracji jako doliny Jozafata przed dniem Sądu Ostatecznego. A restauracja nazywa się Paradyz – co znaczy raj.

Poetyka utworu – oniryczność, wizyjność, arealizm

Nie wiadomo dokładnie, jaka jest pora roku ani który to rok. Pojawia się wprawdzie data 22 lipca, mówi się o „połowie lata”, ale jednocześnie widać „śnieg w rynsztoku”.

Rozmydlili nawet pory roku. (…) Wszystko leci razem śnieg, słońce, wicher, deszcz.

Brak jednoznaczności i konsekwencji w informowaniu o dacie rocznej – czytamy o roku 1979, 1980, 1984, 1994 oraz o 40-leciu, 50-leciu, 60-leciu PRL.

Miejscem akcji jest Warszawa z czasów PRL, ale jej obraz jest zdeformowany jak w sennym koszmarze, gdzie znane człowiekowi z rzeczywistości przedmioty i sytuacje ulegają wyolbrzymieniu, przekształceniu, nie tracąc podobieństwa do realnego świata. Na przykład toaleta w znanym lokalu jest miejscem urzędowania funkcjonariuszy SB. Z tej samej restauracji prowadzą tajemnicze przejścia pod gmach KC.

Wbrew tzw. życiowemu prawdopodobieństwu bohater spotyka jednocześnie wszystkie kobiety swojego życia zgromadzone przy ogniskach na działkach zagubionych w okolicach Dworca Centralnego (dworzec, oczywiście istnieje, działki nie).

Symbolika biblijna

  • Golgota (inaczej Kalwaria) to wzgórze pod Jerozolimą, wg Ewangelii miejsce ukrzyżowania Chrystusa;
  • Całopalenie to w Biblii ofiara ze zwierząt spalona w całości na ołtarzu jako wotum albo poparcie prośby o zmazanie winy.

Te dwa symbole możemy odnieść do losu bohatera. Sugerują, że jego samobójstwo będzie, być może, ofiarą złożoną dla ludzi.

Całopalenie to także forma samobójstwa, jaką narzucono bohaterowi.

Czeka mnie jeszcze ostatni kilometr mojej Golgoty, ostatnie okrążenie w tym maratonie…

Sąd ostateczny, dolina Jozafata, antychryst to motywy ściśle związane z proroctwami apokaliptycznymi, które zapowiadają sąd nad zmarłymi mający się odbyć właśnie w dolinie Jozafata. Nieszczęściami poprzedzającymi koniec świata kierować będzie antychryst (wg Objawienia… bluźniercza bestia o siedmiu głowach i dziesięciu rogach).

U Konwickiego bohater, przekrzykując knajpianą orkiestrę, zwiastuje nadejście owej bestii:

Antychryst zstąpił na ziemię. Skoczył kulawo z sąsiedniej galaktyki. Może chciał gdzie indziej, ale trafił do nas. (…) Nie oczekujcie Antychrysta, bo on już jest na ziemi. Antychryst rozcieńczony, rozdrobniony, zgranulowany. Miniantychryst w każdym z was i we mnie.

Okoliczności wygłoszenia proroctwa w zestawienia z jego treścią dają efekt groteskowy. Dolina Jozafata także ulega sprofanowaniu, ponieważ bohater utożsamia ją właśnie z knajpą, w której przebywa.

Określenie „miniantychryst” tłumaczy zawarte w tytule określenie „apokalipsy” jako „małej” – nie będzie wielkiej, przerażającej bestii, skoro zło zostało rozdzielone między wszystkich ludzi.

Kręgi katastrofy

  • Kosmos – „cała galaktyka leci w otchłań nicości” – mówi bohater.
    Pani Gosia cieszy się, że zdążyła użyć życia, bo „podobno koniec świata bliski. (…) Ale ten koniec może trwać długo, całe wieki.”
    Katastrofa kosmiczna ma nie tylko metafizyczne, ale i całkiem konkretne przyczyny: „Wszystko się kończy. Woda, węgiel, cały świat.”
  • Warszawa – rozpad miasta jest spowodowany działaniem totalitarnego systemu.
    Dlatego powieść Konwickiego możemy odczytać jako krytykę, zdemaskowanie PRL. Ta katastrofa ma wymiar historyczny.

Symbolika utworu:

  • Wszechobecność widocznego ze wszystkich stron Pałacu Kultury i Nauki, który – będąc „darem” ZSRR dla Polski – przypomina o zniewoleniu kraju.
  • Zależność od Związku Radzieckiego sygnalizowana jest przez fakt, iż napisy w mieście są dwujęzyczne (polskie i rosyjskie), polskie symbole (flaga) i międzynarodowe (gołąbek pokoju) stają się podobne do radzieckich.
  • Flaga jest prawie cała czerwona, pozostał tylko biały szlaczek.
  • Dwa całujące się gołąbki (jak z kiczowatej pocztówki) są czerwone. Jednemu pozostał biały ogonek i ten chyba symbolizuje Polskę.

Realia:

Zmiana symboliki to wizja Konwickiego, ale uzależnienie Polski od ZSSR było faktem historycznym.

  • Wszechobecność symboli, które już trudno nazwać narodowymi, ma związek z odbywającymi się zjazdem partii transmitowanym przez telewizję od rana do wieczora. Stąd bankiet partyjny przygotowany w KC, skandowane i rozwieszone hasła: „Polska pierwszym kandydatem do ZSRR” oraz „Zbudowaliśmy socjalizm”. Jedna z wersji tego ostatniego zostaje – jak na ironię – zniszczona przez walący się do Wisły, zrujnowany most Poniatowskiego.
  • Bo ruina, dewastacja, bieda, dezorganizacja życia to codzienność Warszawy, ale także całego kraju.
  • Od ścian odpadają kawały tynku, gzymsy, niektóre domy – jak ten na Placu Trzech Krzyży – są już ruinami.
  • Miasto jest brudne, nikt nie sprząta, dozorcę, który czasem (raz na kwartał) myje schody, pokazuje telewizja, opisują gazety. Narrator nazywa go „niepoprawnym wariaciuniem”.
  • Brudne są także szpitale, w których używa się przepranych w letniej wodzie bandaży. Służba zdrowia to instytucja, w której wpływ ustroju objawia się wyjątkowo dramatycznie. Zdarzają się zastrzyki pozbawione leków. Chorzy opiekują się sobą nawzajem, bo salowe i pielęgniarki „wyszły z mody”. To przykłady absurdu. Ale…
  • W pejzaż miasta – i tu już nie ma żadnej przesady – wpisane są kolejki. W dniu zjazdu partii większość ludzi stoi w nich, bo z tej wyjątkowej okazji „rzucili towar”. Tak naprawdę mówiono w tamtych czasach i tak naprawdę było.
  • Jedni tłoczą się w kolejkach, kupują „na kartki”, inni mają sklepy dla uprzywilejowanych, do których zaopatrzenie dostarczają karetki jadące na sygnale, i leczą się w specjalnych klinikach.
  • Są także – jak w PRL – sklepy walutowe. Sprzedają nie tylko artykuły luksusowe, ale i podstawowe: szwedzkie zapałki, bo polskie nie chcą się palić.
  • Trudno poruszać się po mieście, skoro nigdy nie wiadomo, czy autobus wybranej linii jeszcze kursuje, może się też zdarzyć, że kierowca samowolnie zakończy kurs. Widzimy również tramwaj unieruchomiony przez brak prądu.
  • Wszechobecność milicji na ulicach i ciągłe legitymowanie przypomina – nie bez racji – że PRL było państwem policyjnym. Nie doszło wprawdzie do wydawania paszportów do sąsiedniego województwa jak w powieści Konwickiego, ale w czasie stanu wojennego wymagano uzyskania zezwolenia na wyjazd z miejsca stałego zamieszkania, a paszport zagraniczny (jednorazowy!) był dobrem nie dla każdego i niełatwo dostępnym.
  • Mimo policyjnego charakteru państwa jego dezorganizacja jest tak dalece zaawansowana, że nikt już nie zmywa antypaństwowych napisów.
  • Ale działa cenzura, której podlegają nawet nekrologi. Tu nie ma żadnej przesady, tylko sama prawda.
  • Proroczo tworzy Konwicki obraz projekcji filmu opozycyjnego reżysera, który jest wyświetlany wg informacji prasowej jako film radziecki.

Nawiasem mówiąc, podobna sytuacja zdarzyła się po wydarzeniach sierpniowych 1980 roku, kiedy to dokumentalny film Robotnicy 80 (rzecz o strajku w stoczni gdańskiej) był wyświetlany bez informacji w prasie, a plakat w kinie informował, że w programie jest Godzilla kontra Gigant.

Czyli Konwicki naprawdę nie odbiegał daleko od rzeczywistości. Pokazał, że system, który miał stworzyć idealny ład, zbudował raczej antyutopię. Państwo, które zmierza do katastrofy materialnej, duchowej i moralnej.

Kryzys i katastrofa w sferze wartości

Źródeł kryzysu szuka narrator w wydarzeniach wojny, która „zdruzgotała niechcąco i przypadkowo wielki pałac europejskiej moralności, estetyki i obyczaju”. To początek, bo do ostatecznego upadku przyczyniło się życie w PRL, gdzie powszechny jest relatywizm moralny, brak zdolności odróżnienia dobra od zła. To przecież o mieszkańcach tego kraju mówi bohater, że każdy ma w sobie miniantychrysta.

Grzech przybrał ciało cnoty. Imponderabilia moralności spłowiały, a spod ich rysunku wyłoniły się, jak w przefarbowanej materii imponderabilia amoralności. (…) Zło włączyło się w nasze kody etyczne i stało się dobrem. Fatalnym, rakowatym dobrem.

Polacy z powieści Konwickiego to „zniewolony, wyparowujący w nicość naród” i bierna, pogodzona z rzeczywistością zbiorowość.

Warszawiacy w milczeniu i bez sprzeciwu opuszczają autobus, którego kierowca nie chce dalej jechać, są nieuczciwi i skorumpowani („wszyscy biorą w łapę i wszyscy kradną”), obojętni na działania, nielicznej zresztą i po części „licencjonowanej”, opozycji.

„Milcząca większość śpi w letargu”, a jej główny cel to „mała stabilizacja”, czyli gromadzenie dóbr (działka, mały fiat) i mieszczański styl życia.

Narrator nawet w wyglądzie zewnętrznym obywateli PRL dostrzega znaki prymitywizmu duchowego. Nieraz określa swoich współczesnych mianem „jaskiniowców”.

Sztuka i artyści tylko w niewielkim stopniu są sumieniem narodu, tym czynnikiem, który może „przemienić zjadaczy chleba w aniołów”. Film opozycyjnego (dawniej zresztą służącego partii) reżysera Bułata to dla publiczności przede wszystkim okazja, aby odreagować, poczuć się mniej zniewoloną:

Oni przychodzą do kina jak do spowiedzi. Oczyścić się z grzechu przez wspólną komunię pod postacią aluzji (…), wychodzą z kina uwolnieni od wyrzutów sumienia, od męki moralnej, od widma odpowiedzialności. Wracają, żeby grzeszyć od nowa prywatą, służalczością, zdradą.

Przypadek reżysera Bułata jest zresztą typowy – może „kopać w zęby partię”, bo dawniej jej służył. Podobnie opozycyjny pisarz Rysio, który dobrze żyje z wydawanej ciągle książeczki dla dzieci, oczywiście aprobującej ustrój.

Sprzedajni, oderwani od problemów dręczących szarych ludzi artyści nie mogą stworzyć dzieł ocalających wartości duchowe.

Zresztą część artystów to dawni działacze partyjni. Jeden z nich urządza wystawę swoich obrazów w kinie Wołga (dawniej Skarpa).

Czy może ocalić naród opozycja, o której działalności niewiele wie przeciętny człowiek?
Wobec niej Konwicki jest także krytyczny. Podkreśla, że jest ona w gruncie rzeczy tolerowana przez reżim, działanie w niej nie jest wielkim ryzykiem.

Ustrój, a wraz z nim państwo rozpadną się nie na skutek działalności opozycji, ale może bardziej z powodu tego, co dzieje się na szczytach władzy. Epidemia publicznego rozbierania się dygnitarzy partyjnych, której ulega towarzysz Kobiałka, domy wariatów przepełnione sekretarzami, profesorami marksizmu-leninizmu to widoczne symptomy rozkładu.

Indywidualny koniec świata bohatera

Jego przyczyną jest nieoczekiwana propozycja złożona bohaterowi przez przywódców opozycji Rysia i Huberta (być może jednego z nielicznych prawdziwych opozycjonistów), aby spalił się pod gmachem KC i wstrząsnął w ten sposób ludźmi „w kraju i wszędzie za granicą”. Bohater nie podejmuje od razu ostatecznej decyzji, ale uczestniczy w przygotowaniach (kupno rozpuszczalnika, zapałek) i wyrusza w swoją – być może – ostatnią drogę po Warszawie.

Wędrówka jako zasada kompozycji utworu

  • Wędrówka bohatera jest dla czytelnika okazją poznania Warszawy, stolicy PRL, zwłaszcza że jej trasę można dokładnie umiejscowić w topografii miasta podobnie jak warszawskie wędrówki Wokulskiego. I tak ze swego mieszkania bohater widzi Pałac Kultury, potem wędruje na ulicę Wiślaną na Powiślu, widzi walący się most Poniatowskiego, odwiedza kino Wołga, patrzy przez Wisłę na praską stronę, wędruje do restauracji Paradyz na Nowym Świecie, „zahaczając” o ulicę Smolną i pomnik Partyzanta.
    Jego miłosne zbliżenie z Nadieżdą ma miejsce w ruinach na placu Trzech Krzyży.
    Próbuje jechać tramwajem alejami Jerozolimskimi, ale ostatecznie w okolice Dworca Centralnego dochodzi piechotą.
    Widzimy go na ulicy Świętokrzyskiej i wreszcie u celu – przed salą Kongresową PKiN-u, bo tam ostatecznie ma dokonać samospalenia.
  • Wędrówka ma także sens symboliczny, nawiązuje do znanego w literaturze toposu i może być odczytana jako poszukiwanie wartości, próba rozrachunku z życiem, szukanie „prawdziwej prawdy”.
    Ten trop jest uzasadniony szczególnymi okolicznościami, w jakich odbywa się pielgrzymowanie bohatera. Jego spotkania z ludźmi, treść i forma językowa refleksji sugerują, że w świecie wartości panuje chaos.

Bohater używa zarówno języka literatury czy filozofii, jak i mowy potocznej zawierającej wulgaryzmy. Jego myśli dotyczące sensu świata, problemu istnienia Boga, potrzeby złożenia ofiary dla ludzkości są skontrastowane z przepisami na maść antyłupieżową, lek przeciw zaparciu, sposobami na wygranie w oko czy uniknięcie impotencji. To zderzenie powagi i trywialności to jedno ze źródeł groteskowości przedstawionego świata.

Czy w swojej wędrówce, w czasie spotkań z ludźmi bohater odnajduje w nich i w sobie wartości, dla których warto żyć lub umrzeć?

Spotkani ludzie to postacie niejednoznaczne: Jan, dawny autorytet moralny, leży „nagi, splugawiony, wyzuty z człowieczeństwa”. Nie pomoże bohaterowi dokonać wyboru, tak jak wcześniej nie pomógł sparaliżowany akowiec. Opozycjoniści, którzy wybrali bohatera, aby dokonał samospalenia, to przeważnie „wydzielina systemu”.
Tadzio, wielbiciel prozy bohatera-narratora, okazuje się ubekiem.

Może jedynie uczucie Nadieżdy jest szczere. Choć i ono budzi sprzeczne refleksje: albo to coś wyjątkowego – „ona szła ku mnie z miliona przypadków, omijając miliony alternatyw i ja szedłem do niej podobnym sposobem”, albo tylko biologia, działanie instynktu – „sparzyliśmy się ukradkiem, gnani przez animalny instynkt (…). Spod pleców sypało się wapno, w jej ciele zachodziła pośpieszna reakcja chemiczno-elektryczna.”

Ta druga interpretacja wynika z widzenia człowieka jako ssaka, „dwunoga”, w którym łączy się „zwierzęcość i anielskość.”
Ale w takim razie co jest dowodem owej „anielskości”, istnienia w człowieku pierwiastka duchowego?
Bohater jest osobą, która potrafi dostrzec dobro i zło, zdolną do refleksji nad swoim postępowaniem, żałującym popełnionych błędów (np. obojętności).
Czuje się człowiekiem wolnym. Dla wolności innych jest gotów „iść na stos (…) tak się idzie po człowieczemu”, „krzyknąć, aby obudzić ludzi”.

W ostatnim dniu życia: „zaczyna rozumieć sens egzystencji” i chciałby „godnie pożegnać się ze światem”. Ale jednak i w tym momencie pojawia się myśl: „Czy to błazenada, czy wniebowstąpienie?”. Znów kontrast pomiędzy wzniosłą, podobną do Chrystusowej ofiarą dla ludzkości a czynem popełnionym już przez wielu innych bez poważniejszych następstw.
Wędrówkę bohatera kończy jednak wizja Boga, który – choć wcześniej patrzył „martwym okiem” – teraz „potężnieje, ogarnia najdalsze galaktyki, wreszcie zapanuje nad całym wszechświatem (…) Bóg miłosierdzia, Bóg ludzi”.
I do ludzi kieruje ostatnie słowa powieści jej bohater: „Ludzie, dodajcie sił!”.

Główny bohater Małej apokalipsy

Bohater = narrator

Bohaterem i narratorem powieści Konwickiego jest anonimowy pisarz, który od długiego już czasu milczy. Ma poczucie zbliżającego się końca, jego „własnego końca świata”. Postanawia podjąć pracę na nowo, by opisać ostatni dzień swego życia. Czas Małej apokalipsy obejmuje właśnie jeden dzień rozterek bohatera i jego dojrzewania do decyzji. Jakiej? Oto rankiem odwiedzili go w imieniu opozycji Rysio i Hubert z żądaniem, by bohater dokonał publicznego samospalenia. Taka śmierć – „podniosła, majestatyczna, święta”– byłaby dobrą formą protestu przeciwko totalitarnemu zniewoleniu. Szczególną okazją jest przybycie do Warszawy radzieckiego pierwszego sekretarza, „cara carów, pana połowy świata”. Polska ma otrzymać zaszczytny tytuł Pierwszego Kandydata do wstąpienia w skład Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Ale dlaczego właśnie bohater został wyznaczony do tego zadania? Rysio i Hubert tłumaczą: „Przecież ty żyjesz obsesją śmierci”. Poza tym śmierć przeciętnego pisarza nie będzie zbyt dużą stratą dla narodowej kultury.

Mała apokalipsa pokazuje rozterki człowieka postawionego przed trudnym wyborem. Bohater jest jednocześnie narratorem, to jego oczami oglądamy rzeczywistość zsowietyzowanego państwa. W tym obrazie lato miesza się z zimą, nikt nie zna daty, w toalecie lokalu Paradyz urzędują funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. Warszawa w powieści Konwickiego przypomina świat koszmaru sennego: zdeformowany, absurdalny. Rzeczywistość została „przefiltrowana” przez świadomość bohatera. Tak naprawdę z Pałacu Kultury nie odpadają płaty tynku, nie zapadło się środkowe przęsło Mostu Poniatowskiego. Ale mogłoby tak być!

Czy w bohaterze Małej apokalipsy można zobaczyć także portret jej autora? Wiele faktów na to wskazuje: opis krainy dzieciństwa przywodzi na myśl rodzinną Wileńszczyznę Konwickiego. Bohater utworu jest także pisarzem i mieszka w Warszawie, a w czasie wojny należał do AK.

Everyman i antybohater

Bohater Małej apokalipsy to przeciętny do bólu inteligent, jeden z wielu obywateli Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Jest postacią niedookreśloną, jego życie rekonstruujemy z drobnych informacji rozsianych w całej powieści. Pełna marzeń i nadziei młodość przeżyta „na innej planecie”. Potem wojna. Bohater czasem twierdzi, że już o niej zapomniał, ale to nieprawda. Wciąż ma świadomość jej destrukcyjnego wpływu:

Mój świat (…), który mnie począł, urodził i nauczył prawideł, ten świat rozsypał się w gruzy po wielkiej wojnie.

Tej wojnie, która „zdruzgotała niechcąco i przypadkowo wielki pałac kultury europejskiej, moralności, estetyki i obyczaju”. Totalitaryzm dopełnił później dzieła moralnego zniszczenia. Wiemy, że bohater walczył w AK, później trafił do sowieckiego łagru. Ma w swej biografii także przynależność do partii. Został z niej wyrzucony przez towarzysza Sachera. Później bohater był luźno związany z opozycją. Podpisywał apele i petycje, znosił z tego powodu szykany. Nie należał jednak do aktywnych działaczy. Los bohatera jest tak typowy, że mógłby pasować do wielu innych Polaków. Główna postać powieści Konwickiego nie ma określonego wyglądu, nie znamy jej imienia. Bohater ma świadomość swej przeciętności.

W ten sposób bohater staje się przedstawicielem wszystkich Polaków, everymanem, każdym. Na jego przykładzie widzimy destrukcyjny wpływ totalitarnego reżimu. Bo przecież bohater podlega tym samym wpływom i naciskom. Obserwuje taki sam świat. Skarży się:

Mnie mój czas przymuszał do monotonii, do jednostajnego jękliwego bełkotu, do odpychającej histerii, do pospiesznego ględzenia, do jednostronnych oskarżeń, do niepowabnej brzydoty. Mnie przymuszał, bezimiennego literata, nieznanego człowieka, doskonałą przeciętność schyłkowej epoki, przeciętność o rozwydrzonych ambicjach.

Oprócz tych ambicji można w bohaterze Małej apokalipsy zobaczyć także więcej krytycyzmu, umiejętności dostrzegania absurdu. Jednocześnie te absurdy przyjmuje z obojętnością, jest bierny, słaby. Z tego powodu można go nazwać antybohaterem.

Mesjasz i Prometeusz

„(…) czeka mnie jeszcze ostatni kilometr mojej Golgoty” – zapowiada narrator na samym wstępie swej opowieści. Wiele w powieści odniesień do męki Chrystusa. Wędrówka bohatera po Warszawie przypomina kolejne stacje Drogi Krzyżowej. Na jej końcu ma być śmierć, na którą bohater musi się sam zdecydować, jak Chrystus na swoją mękę. Opozycja narzuciła mu symboliczną formę samobójstwa. W Biblii całopalenie było ofiarą ze zwierząt, składaną, by odkupić grzech, zmazać winę. Samospalenie bohatera też mogłoby mieć podobny sens. Największym grzechem Polaków jest obojętność wobec systemu, przyzwolenie na relatywizm moralny i bylejakość istnienia. Właśnie to jest „naszą małą apokalipsą”. Poświęcenie bohatera ma być formą protestu przeciwko zniewoleniu i tej obojętności. Chce on wstrząsnąć sumieniami Polaków, przebudzić ich, przypomnieć prawdziwe wartości. Przecież „ktoś musi przerwać letarg (…). Dzikim krzykiem obudzić drzemiących”. Oddanie życia staje się w tym momencie mesjańską ofiarą za innych ludzi. W tradycji literackiej można znaleźć wiele podobnych postaw. Biblijny Mesjasz wybrał śmierć na krzyżu, także mitologiczny Prometeusz stał się symbolem cierpienia dla dobra ludzkości. Pisarza z Małej apokalipsy można skojarzyć także z naszymi bohaterami romantycznymi: Kordianem idącym, by zabić cara, czy Konradem wołającym: „Nazywam się Milijon – bo za milijony/ Kocham i cierpię katusze”. Podobny sens zawierają słowa bohatera powieści Konwickiego: „Jestem każdym z nich. Mnie pojedynczego nie ma”.

Człowiek pełen rozterek i wątpliwości

Dokonać samospalenia czy nie? Bohater początkowo uznaje propozycję Rysia i Huberta za żart. Ma opory: „Bojownik musi być nachalny i bezczelny”. Jemu tych cech brakuje. A może po prostu brak mu charakteru, bo jest dzieckiem swoich czasów? Jak sam mówi: „Nasza epoka to szlachetne wątpliwości, to błogosławiona niepewność, to święta nadwrażliwość, to boski brak decyzji”. Bohater chce jednak samodzielnie zdecydować. Podkreśla, że czuje się wolny („Walczyłem długo i bezkrwawo o tę marną wolność osobistą”). Nie można mu narzucić poświęcenia, ale nie można też zabronić. Gdy w pewnej chwili pomyślał, że może zrezygnowano z planu, zrobiło mu się żal.

Bohater nie wie, czy powinien dokonać samospalenia. Czy w ten sposób uda się cokolwiek zmienić? Tylu przed nim podjęło tę decyzję, a jednak ich poświęcenie okazało się pustym gestem. Czy widowiskowe samobójstwo nie jest błazenadą? Nikt jednak nie może pomóc bohaterowi w podjęciu decyzji. Nie znajdzie wsparcia u szanowanego opozycjonisty Jana. Jego wątpliwości przybiorą na sile po poznaniu Nadieżdy, którą nazywa Nadzieją. Oto w jego życiu pojawia się miłość, co tylko utrudnia pożegnanie się z tym światem. Bohater nie wie, komu może wierzyć. Nikt nie jest sobą. Opozycja żyje z rządowych pensji, wielbiciel Tadzio Skórko okazuje się ubekiem, który towarzyszy mu służbowo. Kto jest kim?

Nie dowiadujemy się jednak, czy bohater Małej apokalipsy zdecyduje się na popełnienie publicznego samobójstwa. Powieść kończy się, gdy z kanistrem benzyny staje przed Pałacem Kultury. Podobne zakończenie ma Kordian Słowackiego – tam również nie znajdujemy informacji, czy wykonano wyrok na głównym bohaterze. I trzeba przyznać, że bohater Małej apokalipsy ma w sobie wiele z romantyka. Do romantycznych cech należą wewnętrzne rozterki, także samotność, poświęcenie się jakiejś idei czy misji. Wędrówkę bohatera Małej apokalipsy kończy wizja Boga, który „wreszcie zapanuje nad całym wszechświatem”. To „Bóg miłosierdzia. Bóg ludzi”. Ostatnie słowa narratora-bohatera są prośbą, by właśnie ludzie dodali mu sił.

Skojarz!

Warszawę widzieliśmy w:

  • realistycznym, skrupulatnym ujęciu Bolesława Prusa (Lalka),
  • międzywojenną – w Przedwiośniu Żeromskiego,
  • w Dziewczętach z Nowolipek Gojawiczyńskiej,
  • heroiczną, powstańczą – w Zielu na kraterze Wańkowicza,
  • Kolumbach. Rocznik 20.,
  • wojenną w Początku Szczypiorskiego,
  • Alarmie Słonimskiego.

Teraz, u Konwickiego, oglądamy Warszawę groteskową, absurdalną, szarą i socjalistyczną. Kolejki, braki w dostawach prądu i gazu, kuriozalne wystąpienia dostojników mogą dziś wydać się absurdem – ale były realiami lat siedemdziesiątych.

Znamienne szczegóły, sceny

  • Zapałki – których bohater ma użyć do samospalenia, zagraniczne, bo nie wszystkie produkowane w PRL-u się zapalają.
  • Kanister z benzyną – który pisarz niesie niczym swój krzyż.
  • Okrzyki manifestantów – „Polska! Polsza!”.
  • Zrzucanie ubrań, rozbieranie się przez dygnitarzy – odbywa się nagminnie i jest jedynie groteskowym przekształceniem znaczącego kiedyś gestu Rejtana.
  • Projekcja filmu w kinie Wołga – przemianowanym tak z kina Skarpa – pokazywany tu film Transfuzja ze względu na czujność ZSRR jest ukryty pod szyldem radzieckiej komedii Świetlana przyszłość.

 

Wędrowiec w poszukiwaniu prawdy

Wędrówka bohatera po Warszawie jest jak wędrówka po kolejnych kręgach piekła w Boskiej komedii Dantego. Na każdym kroku dostrzega on zniewolenie kraju: w naszej fladze więcej jest koloru czerwonego niż białego, demonstranci krzyczą na zmianę „Polska” i „Polsza”. Widzi nędzę, demoralizację i ruinę. W tym wszystkim bohater chce odnaleźć sens istnienia.

„Jestem poszukiwaczem prawdy. Spaceruję tam i z powrotem i szukam prawdziwej prawdy” – mówi. Tyle że tej „prawdziwej prawdy” nie ma. Zdarzenia okazują się niejednoznaczne. Ludzie inni niż się bohater spodziewał. Opozycja nie jest żadną opozycją. „Protesty, rezolucje, publikacje, demonstracje” to tylko gra pozorów – „oni wszyscy są na rządowej pensji”. Ryszard Szmidt krytykuje ustrój, ale utrzymuje się z dochodów, jakie wciąż mu przynosi propagandowa książeczka dla dzieci. Reżyser Bułat może realizować ostre, antyrządowe filmy, bo kiedyś służył ustrojowi. Zamiast prawdziwych buntowników mamy wyrachowanych karierowiczów albo ludzi słabych, pełnych lęku. „Grzech przybrał ciało cnoty”, nie ma dobra i zła. Bohater ma tragiczną świadomość całkowitego zatracenia zasad moralnych. W otaczającym go świecie nie ma wartości: „Zło włączyło się w nasze kody etyczne i stało się dobrem. Fatalnym, rakowatym dobrem”. Na tym właśnie polega czekający ludzi koniec świata – „noc obojętności, noc apatii, noc chaosu”.

Skojarz z innymi wędrówkami bohaterów literackich:

  • Odysa,
  • Kordiana,
  • bohatera Boskiej komedii Dantego,
  • bohatera lirycznego Sonetów krymskich Mickiewicza,
  • bohatera Ulissesa Joyce’a.

Antyutopia
Wizja państwa i społeczeństwa zawarta w Małej apokalipsie ma cechy antyutopii.
Antyutopia jest satyryczną wersją utopii, po prostu utopią negatywną. Rzeczywistość przedstawiona w niej to nie idealny ład, ale społeczeństwo przyszłości, nadmiernie zorganizowane, rządzone metodami dyktatorskimi, niszczącymi indywidualność człowieka.

Zarówno antyutopia, jak i utopia nie są dosłownymi, realistycznymi opisami rzeczywistości. Są to wizje, ale często inspirowane przez obserwację współczesności.

Autor jednej z najsłynniejszych antyutopii, George Orwell, w Roku 1984 pokazuje państwo mające bardzo wiele cech istniejących reżimów totalitarnych. Oczywiście, obraz Oceanii (nazwa owego państwa) jest przerysowany.

Konwicki pokazuje państwo, które jest zaprzeczeniem ideału i podobnie jak Orwell wyolbrzymia wiele zjawisk charakterystycznych dla PRL-u.

Inne przykłady antyutopii w literaturze to dwie krainy opisane przez Swifta w Podróżach Guliwera: państwo liliputów oraz kraj nieudolnie rządzony przez uczonych.

W XX wieku najbardziej znane utwory tego typu to Nowy, wspaniały świat Huxleya oraz My Zamiatina.

Skojarz!

Motyw apokalipsy w literaturze polskiej – przykłady nawiązań:

  • Obrazy apokalipsy wypełniają Kasprowicza Dies irae – mamy tam kataklizmy, którymi dotknięta jest natura, ludzki strach, zarówno przed tym, co się dzieje ze światem, jak i wynikający z obawy przed nieuchronną karą za grzechy, bo człowiek nie może ustrzec się czynienia zła, a Bóg jest surowym sędzią.
  • W literaturze XX wieku apokalipsę coraz częściej utożsamia się z wojną. Miłosz i Czechowicz to poeci apokalipsy przeczuwanej, tej, która ma nadejść. Ale na ich wyobrażenie oddziałuje obraz I wojny światowej. U obu poetów obrazy apokalipsy często skontrastowane są z wizją arkadii.
  • Młodych poetów debiutujących w okresie II wojny nazywa się „pokoleniem apokalipsy spełnionej”.
  • Obrazy grozy, śmierci, ludzkiego lęku i zagubienia w świecie wartości widzimy w wierszach:
    • Krzysztofa Kamila Baczyńskiego:
      Pokolenie (dwa utwory o tym tytule)
      Ten czas – *** („Niebo złote ci otworzę…”)
      Elegia o…(chłopcu polskim)
    • Tadeusza Gajcego:
      Groteska bardzo smutna
      Do potomnego
      Wczorajszemu

Dzieło ważne, bo:

  • W groteskowy sposób oddaje istotę totalitaryzmu.
  • Umiejętnie łączy topografię Warszawy z rzeczywistością fantastyczną, wyobrażoną, oddającą absurdy PRL.

 

Zobacz:

Mała Apokalipsa Tadeusza Konwickiego

Wyjaśnij sens tytułu powieści Mała apokalipsa Konwickiego

Dokonaj interpretacji powieści Konwickiego pt. Mała apokalipsa

Konwicki – Mała apokalipsa

Przedstaw realia powieści pt. Mała Apokalipsa

Konwicki – Mała apokalipsa

Typ bohatera w Małej apokalipsie Tadeusza Konwickiego.