Wisława Szymborska

Sto pociech

Zachciało mu się szczęścia,
zachciało mu się prawdy,
zachciało mu się wieczności,
patrzcie go!

Ledwie rozróżnił sen od jawy,
ledwie domyślił się, że on to on,
ledwie wystrugał ręką z płetwy rodem
krzesiwo i rakietę,
łatwy do utopienia w łyżce oceanu,
za mało nawet śmieszny, żeby pustkę śmieszyć,
oczami tylko widzi,
uszami tylko słyszy,
rekordem jego mowy jest tryb warunkowy,
rozumem goni rozum
słowem: prawie nikt,
ale wolność mu w głowie, wszechwiedza i byt
poza niemądrym mięsem,
patrzcie go!

Bo przecież chyba jest,
naprawdę się wydarzył
pod jedną z gwiazd prowincjonalnych
Na swój sposób żywotny i wcale ruchliwy.
Jak na marnego wyrodka kryształu –
dość poważnie zdziwiony.
Jak na trudne dzieciństwo w konieczności stada –
nieźle już poszczególny.
Patrzcie go!

Tylko tak dalej, dalej choć przez chwilę,
bodaj przez mgnienie galaktyki małej!
Niechby się wreszcie z grubsza okazało,
czym będzie, skoro jest.
A jest – zawzięty.
Zawzięty, trzeba przyznać, bardzo.
Z tym kółkiem w nosie, w tej todze, w tym swetrze
Sto pociech, bądź co bądź.
Niebożę.
Istny człowiek

Z tomu Sto pociech

Wiersz pochodzi z tomiku Sto pociech opublikowanego w 1967 roku. Spytacie zapewne, dlaczego właśnie ten tekst? Otóż tak naprawdę trudno jest spośród wszystkich wierszy wydanych przez poetkę dokonać wyboru, każdy bowiem utwór stanowi małe dzieło sztuki oparte na kunsztownie budowanej metaforze, zaskakującej poincie i słowotwórczej zabawie. Nie ma poza tym w twórczości noblistki wierszy mniej lub bardziej reprezentatywnych, wszystkie łączy egzystencjalna refleksja na temat sensu ludzkiego losu, ale zarazem każdy tekst stanowi jakby osobny rozdział tych dociekań, rozważa inny aspekt naszego istnienia. Niezmiernie trudno w takiej sytuacji podjąć decyzję. Może więc po prostu któryś z wierszy tytułowych? One wszakże obdarzone przywilejem reprezentowania tomiku skupiają w sobie najbardziej istotne treści. A zatem przeczytajmy wiersz Sto pociech i spróbujmy znaleźć klucz do jego interpretacji.

Wiersz – niespodzianka

Po pierwszej, wstępnej lekturze dominującym wrażeniem narzucającym się w odbiorze wiersza jest styl wypowiedzi. Lekki, niezobowiązujący, z odcieniem ironii, ale niespecjalnie uszczypliwej, raczej żartobliwej, a nawet wyrozumiałej. Mamy więc prawo przypuszczać, że wiersz utrzymany w tonacji nie całkiem serio nie porusza zbyt poważnych kwestii. Nic bardziej mylnego, za chwilę okaże się, że jesteśmy w wielkim błędzie, bo przecież przedmiotem opisu jest człowiek, a to już nie jest sprawa błaha. A zatem pierwsza niespodzianka! Autorka zaskakuje czytelnika, łamiąc niejako zasadę decorum – ważkość tematu nie koresponduje ze stylem prezentacji i sens tego zabiegu należałoby osobno rozważyć. Efekt niespodzianki uzyskuje również poprzez określony, wyraźnie przemyślany układ treści. Obiekt owej żartobliwej medytacji zostaje skonkretyzowany dopiero w jej finalnym punkcie:

Sto pociech, bądź co bądź.
Niebożę
Istny człowiek.

Stanowi zatem trochę zaskakującą pointę dla czytelnika, który w trakcie lektury domyśla się wprawdzie, o kogo może chodzić, ale nie ma ostatecznej pewności i ma prawo łudzić się, że to nie człowiekowi, ale jakiejś innej istocie autorka okazuje tak mało atencji, pozwalając sobie na żart. Wiersz stanowi więc pewien rodzaj gry z czytelnikiem, gry skończonej rozwianiem wątpliwości co do przedmiotu opisu. Lekka, żartobliwa tonacja nie powinna nas zwieść, przeciwnie, winniśmy rozważyć, czy czasami nie wnosi do tekstu dodatkowych znaczeń. Autorka Stu pociech nigdy zresztą specjalnie nie gustowała w tragiczności, patosie, kasandrycznym tonie, wybierając dla swoich tekstów nieco lżejszą ­skalę.

Wiersz – esej i przypowieść

Człowiek widziany jako pojedynczy „egzemplarz ludzki” staje się więc obiektem szczególnych zainteresowań pisarskich, a tym samym bohaterem budowanego przez osobę przemawiającą w tekście monologu. Należy jednak zauważyć, że podmiot mówiący nie zaznacza w wierszu bezpośrednio swojej obecności, w ogóle nie ma w utworze „ja” lirycznego ani wynikającej z takiej konstrukcji podmiotu sytuacji wyznania. Wiersz przybiera formę wywodu na temat człowieka, jest swego rodzaju esejem czy przypowieścią formułującą uniwersalne prawdy o ludzkiej naturze. Stąd też obowiązuje w tekście zasada obiektywizacji wzruszenia poetyckiego – „ja” liryczne wraz ze swoim prywatnym smutkiem zostało poddane eliminacji, nie chodzi bowiem o jego osobiste przeżycie, bohaterem wiersza staje się obiekt opisu – pojedynczy, wyodrębniony człowiek. Konsekwencją takiego stanu rzeczy jest wprowadzenie obrazowania dyskursywnego, czyli takiego, które przybiera kształt przemowy wygłoszonej z zachowaniem wyraźnego dystansu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że pomiędzy osobą mówiącą a przedmiotem jej wywodu istnieje jakaś przepaść, podmiot nie odczuwa potrzeby indentyfikacji z istotą, o której mówi, izoluje się, jakby chciał zaznaczyć, że w gruncie rzeczy niewiele ma z nią wspólnego, że stanowi ona jedynie obiekt wnikliwego badania.

Kilka uwag o konstrukcji tekstu

Ów proces badawczy ma kilka etapów, co podkreśla zapis graficzny tekstu, jego podział na cztery strofy. Każda z nich zawiera odpowiednią porcję wiedzy będącej wynikiem bacznie prowadzonej obserwacji. Rozpoznanie poszczególnych prawd w każdym z etapów procesu obudowuje żywiołowa eksklamacja: „Patrzcie go!”. Kryje w sobie różne emocje podmiotu mówiącego: od ironii, przez podziw, po zdziwienie i zaskoczenie, jakie wzbudza ów pojedynczy „egzemplarz ludzki”. Cóż, okazuje się, że jest on bardzo wdzięcznym obiektem do analizy, wiele o nim można powiedzieć, a przy okazji wiele przeżyć, nie pozwala bowiem przejść obok siebie obojętnie, dostarczając podmiotowi mówiącemu w miejsce prywatnej melancholii emocji związanych z procesem poznawania jego samego. Ważność poszczególnych informacji określa układ kompozycyjny strof, ich budowa, rozmiar, a także wielkość kolejnych wersów, które pod tym względem kontrastują ze sobą.

 

Przegląd kolejnych strof

Strofa I

Jest wyraźnie krótsza od pozostałych, bo zaledwie czterowersowa. Jej rozmiar uzasadnia funkcja, jaką ta zwrotka spełnia w porządku treści całego tekstu. Jest rodzajem wprowadzenia do tematu, zawiera wstępną prezentację człowieka, stąd jej krótka forma. Jednocześnie ta wstępna charakterystyka wydaje się być bardzo konkretna, podmiot mówiący przystępuje od razu, bez zbędnych ceregieli i układnych póz, do definicji najbardziej istotnych skłonności człowieka. Za pośrednictwem poetyki wyliczania padają wielkie słowa: szczęście, prawda, wieczność. Mają wspólne pole znaczeniowe: to najbardziej zasadnicze kwestie wypełniające przestrzeń ludzkiego doświadczenia, przed nimi bez wyjątku staje w życiu każdy człowiek, czy tego chce, czy nie. Wszystkie trzy są tak samo ważne, co podkreśla równy mniej więcej rozmiar pierwszych trzech wersów:

Zachciało mu się szczęścia,
zachciało mu się prawdy,
zachciało mu się wieczności

A jednak w monologu podmiotu mówiącego zaznacza się wyraźny kontrast pomiędzy stylem wypowiedzi a powagą poruszanych spraw. Nie dość, że pobrzmiewa tu ironia, to i jeszcze słowa jakby najmniej odpowiednie do tego, żeby nimi mówić o szczęściu, prawdzie i wieczności. Mimo to podmiot operuje frazą mowy potocznej („zachciało mu się…”), nadając elementarnym kwestiom ludzkiego życia wymiar kaprysu czy zachcianki. Człowiek w jego ujęciu rysuje się jako naiwny uzurpator, który, nie wiedzieć z jakiej przyczyny, próbuje zawłaszczyć sobie to, co najlepsze czy najbardziej wzniosłe. Ma duże wymagania wobec życia, bo pragnie szczęścia i prawdy, ma wysokie mniemanie o sobie, bo, żądając wieczności, sądzi, że jest bytem znacznie bardziej złożonym – a nie ograniczonym jedynie do swej cielesnej powłoki. Tę swego rodzaju „pazerność” człowieka pełnego urojeń podkreśla w wierszu również anafora polegająca na trzykrotnym użyciu zwrotu „zachciało mu się…”. Nie dziwi zatem żartobliwy, trochę ironiczny ton wypowiedzi autorki. Ona przecież wie, jak omylny w swoich rachubach potrafi być człowiek, jak często życie nie spełnia oczekiwań, dlatego wszelkie ludzkie żądania kwituje pobłażliwym uśmiechem. Szczęście, prawda, wieczność to przywileje dane nielicznym.

Strofa II

Najbardziej rozbudowana spośród wszystkich pozostałych, przypomina mały esej na temat ewolucji ludzkiego gatunku. Za pośrednictwem zdań o charakterze prostego komunikatu próbuje zrekonstruować sumę wiedzy pewnej. Poszczególne wypowiedzi pozostają względem siebie w układzie paralelnym:

Ledwie rozróżnił (…)
ledwie domyślił się (…)
ledwie wystrugał (…)

lub

oczami tylko widzi,
uszami tylko słyszy

Paralelizm składniowy, polegający na równoległym powtarzaniu w ciągu wypowiedzi analogicznych bądź realizujących ten sam schemat budowy konstrukcji, ma w wierszu dwie funkcje. Po pierwsze podkreśla ogrom dokonań człowieka, po drugie jest sposobem wyrażania przez podmiot mówiący całej gamy emocji, jakie rodzą się w toku rozpoznawania owych dokonań przez podmiot. Będą mu towarzyszyć zarówno podziw, zdziwienie, jak i dobrotliwa ironia. A zatem w monologu rysuje się obraz człowieka ukazanego w perspektywie ewolucji gatunku. Jej symbolem staje się doskonały skrót poetycki: „wystrugał ręką z płetwy rodem/ krzesiwo i rakietę”. Poprzez wyodrębnienie wyrażenia ,,krzesiwo i rakietę” w osobny wers podmiot mówiący akcentuje wagę ludzkich osiągnięć, podkreśla błyskawiczny skok, jaki dokonał się w procesie ewolucji i za sprawą samego człowieka. To on, ledwie rozpoznawszy samego siebie („ledwie domyślił się, że on to on”), przystąpił niezwłocznie do czynienia użytku z tego, w co wyposażyła go natura: oczu, uszu, rozumu. W rezultacie szybko przestała mu wystarczać przyziemna rzeczywistość, zaczął poszukiwać dla swego istnienia wyższych motywacji: „ale wolność mu w głowie, wszechwiedza i byt/ poza niemądrym mięsem”. Rekord osiągnął także w sferze języka – od nieartykułowanych dźwięków przeszedł do trybu warunkowego, który, jak powszechnie wiadomo, nadaje mowie swoistą giętkość i finezję. Ogrom dokonań uwydatnia także kontrast słabej, kruchej natury człowieka („łatwy do utopienia w łyżce oceanu”) z jego możliwościami kreacji.

Strofa III

Jej zawartość treściowa stanowi logiczną konsekwencję myśli z poprzedniej zwrotki. Po skrupulatnym sprawozdaniu na temat niesłychanych osiągnięć człowieka następuje stwierdzenie faktu jego istnienia, tak jakby one owo istnienie konstytuowały:

Bo przecież chyba jest,
naprawdę się wydarzył
pod jedną z gwiazd prowincjonalnych

Odkryciu fenomenu ludzkiego istnienia towarzyszy zdziwienie i swego rodzaju niedowierzanie. Motywują one kontynuowanie procesu badawczego i formułowanie kolejnych wniosków na temat człowieka. Jego obraz ujęty jest już w formę bardziej syntetyczną, sumuje się w szeregu metaforycznych określeń zabarwionych ironią i podziwem jednocześnie: „na swój sposób żywotny”, „wcale ruchliwy”, „dość poważnie zdziwiony”, „nieźle już poszczególny”. Akcentują przede wszystkim moc kreacyjną człowieka, jego zdolność do myślenia, do krytycznej analizy, które pozwoliły mu w procesie ewolucji wyodrębnić się ze stada i uzyskać indywidualny, niepowtarzalny wymiar.

Strofa IV – ostatnia

Formalnie zamyka ciąg rozważań, ale nie zamyka wiecznie otwartej kwestii, jaką jest człowiek:

Niechby się wreszcie z grubsza okazało,
czym będzie, skoro jest.

W żartobliwym monologu podmiotu mówiącego człowiek przedstawia się jako ciągle niezapisana do końca karta, istota o nieobliczalnych możliwościach, uparta i konsekwentna, po prostu „zawzięta”, bez względu na czas, miejsce i sytuacje („z tym kółkiem w nosie, w tej todze, w tym swetrze”). W rezultacie otrzymuje jednak mało dostojne miano – sto pociech. Tak przecież mówi się zazwyczaj o dziecku, które bawi, śmieszy, dostarcza rodzicom wzruszeń, a nie o poważnym „ludzkim egzemplarzu” potwierdzającym co chwila, że w istocie wart jest istnienia, jakie otrzymał i żądającym dla siebie szczęścia, prawdy, wieczności, wszechwiedzy, wolności i nie wiadomo czego jeszcze.

 

Skąd zatem ironiczna tonacja?

Skąd niewyszukany, nasycony kolokwializmami język, skoro obraz człowieka ukazany w czterech odsłonach przedstawia się całkiem nieźle? Otóż ironia Szymborskiej bynajmniej nie ma na celu deprecjacji, nie o ośmieszenie czy szyderstwo tutaj idzie. Autorka wyraża w ten sposób swój stosunek do świata, dzieli się z czytelnikiem gorzką samowiedzą na temat ludzkiego losu, której brakuje opisywanemu przez nią pojedynczemu „ludzkiemu egzemplarzowi”. Ona bowiem wie to, czego nie wie on: że ludzkie pragnienia są tylko uzurpacjami bądź rojeniami wyobraźni, że postawy roszczeniowe wobec życia, uzasadnione rejestrem ludzkich dokonań są w gruncie rzeczy śmieszne, bo świat pozostaje wobec nich milczący i obojętny, że człowiek jest w rezultacie rachmistrzem niedoskonałym, bo rzadko kiedy celnie oblicza to, co może w istocie otrzymać. Jeśli rozpoznamy w ten sposób swoją sytuację w świecie, nie pozostanie nam nic innego, jak uzbroić się w ironię, poczucie humoru, żartobliwy, ale wyrozumiały dystans wobec tragifarsy, jaką jest nasze istnienie.

Zobacz:

Wisława Szymborska

Szymborska na maturze

Człowiek i świat w wierszach Wisławy Szymborskiej

Wisława Szymborska – jak pisać o…

Wisława ­Szymborska – jej rola w literaturze polskiej

Wypisz w punktach charakterystyczne cechy poezji Szymborskiej

Wisława Szymborska – Nic dwa razy

Wisława ­Szymborska – matura

Co wiesz o twórczości Wisławy Szymborskiej? Omów wybrane utwory.