Skąd nazwa?
Termin „barok” został przez historyków literatury pożyczony od historyków sztuki. Ci z kolei zawdzięczają go Heinrichowi Wölfflinowi, dziewiętnastowiecznemu badaczowi, który swoje wielkie dzieło na temat sztuki interesujących nas czasów zatytułował Renaissance und Barock (Renesans i barok) – i dokonał tym samym pierwszego jasnego rozróżnienia obu epok. Wcześniej przeważała bowiem tendencja do twierdzenia, iż sztuka XVII wieku to po prostu zepsuty, przerafinowany koniec renesansu.
Samo słowo oznacza w języku portugalskim niezwykle rzadki rodzaj perły, a zatem coś dziwnego, bardzo nietypowego, zaskakującego.

Kryzys renesansu

Nie sposób mówić o jakiejś epoce, nie zajmując się najpierw tą, która mija. Z oczywistych przyczyn chodzi zwłaszcza o schyłek tej poprzedniej. O czas, kiedy przemiany, które dały jej początek, mają się właśnie ku końcowi, a to, co wcześniej było odkryciem i oszałamiało nowością, jest już tylko mniej lub bardziej wytartym sloganem.

Ideologia danych czasów odpowiada na niektóre tylko pytania spośród tych, które może zadać człowiek. Te, na które odpowiedzieć się w zadowalający sposób nie da – przynajmniej nie popadając w sprzeczność z „duchem czasów” – pozostają w ukryciu, są pomijane i spychane na margines. Kiedyś jednak nadchodzi moment, w którym nagle ukazuje się niedoskonałość, niepełność, wybiórczość „ogólnie przyjętego” sposobu widzenia świata. Wtedy właśnie te pozostawione samym sobie, pominięte pytania wychodzą na światło dzienne i otwierając głodne paszcze – wołają o odpowiedź. Zarazem powoli okazuje się, że także dotychczasowe odpowiedzi mogą zostać zastąpione przez inne, ­lepsze, jak by się wówczas zdawało. Oczywiście nie dzieje się to nagle, za sprawą jakiejś, odbywającej się jednocześnie w całej kulturze, rewolucji. Nie, nie, najpierw pojawiają się małe „zgrzyty”. Jakie? Ot, takie na przykład jak ten, który rozległ się w samym środku poezji Kochanowskiego. Między utworami przesyconymi atmosferą humanistycznej harmonii znajdujemy nagle mroczną fraszkę – tak, tak, są takie! – O żywocie ludzkim, której nie powstydziliby się twórcy barokowi.

Fraszki to wszytko, cokolwiek myślemy
Fraszki to wszytko, cokolwiek czyniemy;
Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy

– czytamy w niej. Jakoś nie pasuje to do humanistycznej wiary w potęgę rozumu i celowość ludzkiego życia, prawda? Tym zaś, którzy pragną przykładu bardziej jaskrawego, wypada polecić lekturę Trenów. W ostatnim swoim dziele Kochanowski dokonuje przecież krytyki całego renesansowego światopoglądu. W kontekście tragicznego wydarzenia zajmuje się właśnie – i to w niezwykle ostry sposób – stawianiem pytań, na które humanizm w zadowalający sposób odpowiedzieć nie może. Otóż gdy pojawiają się utwory mające się do ideologii danych czasów tak jak Treny do renesansu, z pewnością można już mówić o schyłku epoki.

Kryzys kultury przełomu wieków XVI i XVII, owo pojawienie się nowych pytań, dotyczy przede wszystkim problemu poznania i relacji Bóg – człowiek.

Problem poznania

To, czy i jak możemy dowiadywać się prawdy o rzeczywistości, należy do odwiecznych i najważniejszych pytań stawianych przez człowieka. Teoria poznania, czyli epistemologia, jest zaś jedną z podstawowych gałęzi filozofii. Myśliciele renesansu mieli optymistyczne wizje co do naszych możliwości poznawczych. Ba, zdobywanie wiedzy o świecie i człowieku uczynili jednym z głównych celów ludzkiego życia. U schyłku renesansu pojawiły się jednak co do tego spore wątpliwości, których najbardziej nam znanym literackim wyrazem są Treny Kochanowskiego. Humanistyczny zachwyt ustępował powoli miejsca rezerwie, sceptycyzmowi. Zaczerpnięty z antyku sceptycyzm stał się zresztą dominującą filozofią czasów kryzysu.

Relacja Bóg – człowiek

Tu także nastąpił krach wizji humanistycznej, znanej nam choćby z Hymnu Kochanowskiego. Dobry, wyrozumiały Ojciec zastąpiony został przez Istotę niezmiernie potężną, straszliwego Sędziego, którego zamierzeń nigdy nie zdołamy przewidzieć. Człowiek nie jest już partnerem Boga. Jest raczej pionkiem w Jego niezrozumiałej grze.

.

Zjawiska epoki baroku

Przyjrzyjmy się teraz pokrótce najważniejszym zjawiskom i faktom historycznym tworzącym obraz epoki. Z pewnością należały do nich następujące wydarzenia i procesy.

Kontrreformacja

Gigantyczne sukcesy ruchu reformacyjnego zmusiły w końcu Kościół do zdecydowanej kontrofensywy. Zapoczątkowało ją zwołanie w 1545 roku w mieście Trydent soboru duchowieństwa, który z przerwami trwał do roku 1563. Ustalenia, które na nim zapadły, dały początek nowej epoce w dziejach Kościoła, określanej jako kontrreformacja i reforma katolicka. Każda z tych nazw oznacza co innego. Decyzje soboru dotyczą bowiem dwu podstawowych aspektów ówczesnej sytuacji katolicyzmu.

  • Po pierwsze więc, podjęto działania wymierzone przeciwko religiom protestanckim. Ustalono, że nie istnieje żadna możliwość porozumienia się z protestantami. Utworzono Trybunał Inkwizycji (Sacrum Officium) – kościelny sąd, mający karać heretyków, bo za nich właśnie uważano protestantów. Przystąpiono także do opracowywania Indeksu ksiąg zakazanych – uaktualnianej co jakiś czas listy książek teologicznych, lecz także filozoficznych, literackich i naukowych, których czytanie i rozpowszechnianie uznano za występek przeciwko Kościołowi. Prócz tego ważną rolę odegrał w działaniach kontrreformacyjnych powstały w latach trzydziestych XVI wieku zakon jezuitów. Zorganizowany na wzór niemal wojskowy miał za zadanie walkę z „heretykami” i nawracanie innowierców i pogan. Jezuitów obowiązywała przysięga bezwzględnego posłuszeństwa przełożonym. Prócz trzech ślubów składanych przez inne zakony, składali ­także ślub wierności papieżowi. Członkowie zakonu określali siebie jako żołnierzy, których bronią jest nie tyle miecz, ile słowo. W związku z tym ich „walka” odbywać się miała przede wszystkim na polu kultury. Zorganizowali własny system szkół – kolegiów, zapewniających początkowo najlepszy poziom wykształcenia. Przywrócili też średniowieczny zwyczaj organizowania religijnych przedstawień teatralnych. Prócz tego do specjalnych metod działania jezuitów należało obejmowanie przez zakonników funkcji spowiedników ważnych osobistości. Uczyniło to z zakonu coś w rodzaju kościelnego wywiadu czy służby dyplomatycznej – i pozwalało mu wywierać spory wpływ na sprawy polityczne.
  • Po drugie, przystąpiono do reformy Kościoła. Nie była to jednak reforma w ścisłym tego słowa znaczeniu. Chodziło raczej o umocnieni katolickiej tradycji i zwarcie szyków wewnątrz Kościoła. Zebrano, właściwie bez zmian, wszystkie dogmaty religijne. Utrzymano bezwzględny celibat oraz łacinę jako język liturgii. Aby zaś religia katolicka lepiej trafiała w gusta prostego człowieka, rozbudowano formy obrzędowości. Rozwinięto także tradycję pielgrzymek. Dodatkowo przyjęta została strategia wykorzystania wszelkich możliwych środków propagandowych w celu przyciągnięcia jak największej liczby wiernych.

Wojna trzydziestoletnia

Ten największy konflikt zbrojny czasów nowożytnych miał bardzo skomplikowany przebieg. Odbywał się głównie na terenie Rzeszy Niemieckiej. Niemcy też zawsze odgrywały w nim dwie spośród głównych ról. Geneza tego podwójnego udziału w wojnie tkwi przede wszystkim w ukształtowaniu się dwu sojuszy w łonie Rzeszy. Niemieckie państwa protestanckie utworzyły tzw. Unię, a katolickie – Ligę. Sojuszom tym chodziło, oczywiście, nie tylko o sprawy religijne, ale przede wszystkim o wpływy polityczne.

Wojna zaczęła się w Czechach. Czeska szlachta – w większości wyznająca husytyzm – zbuntowała się przeciwko władzy namiestników cesarza Niemiec. Konflikt osiągnął apogeum w roku 1618. Wówczas miała miejsce tzw. defenestracja praska (łacińskie „fenestra” znaczy: okno), czyli wyrzucenie rzeczonych namiestników przez okno zamku na Hradczanach. Czesi uznali, że odbierają tron katolickiemu cesarzowi i zaproponowali go palatynowi reńskiemu, jednemu z przywódców protestanckiej Unii. To spowodowało wojnę między Unią a Ligą. Sami Czesi dość szybko zostali wyeliminowani – niestety, w sposób dosłowny – z gry. W 1620 roku odbyła się ostateczna bitwa po Białą Góra, w której Czesi ponieśli klęskę. Za bunt spotkały ich straszne represje. Wymordowano bądź zmuszono do emigracji niemal całą czeską szlachtę i zlikwidowano husycki kościół narodowy. Był to koniec czeskiego bytu państwowego na ponad dwieście lat. Na dalszym etapie wojna toczyła się między Ligą a Unią. Stopniowo przystępowały do niej, po jednej i po drugiej stronie, kolejne państwa, mające w tym rozmaite interesy. Bez większej przesady można powiedzieć, że właściwie była to wojna światowa – jeśli świat nadal zawężać będziemy do Europy. Jej ostatecznym końcem było zawarcie w roku 1648 traktatu westfalskiego – utwierdzającego polityczne rozbicie Niemiec i na czas jakiś czyniącego łagodnego baranka z najpotężniejszego imperium Europy.

Ukształtowanie się absolutyzmu

Absolutyzm to system państwowy, którego najpełniejszą siedemnastowieczną realizację napotkamy we Francji, poczynając od panowania w latach 1610-1643 Ludwika XIII. System ten jest bardzo jednolity, wielostopniowy i uporządkowany. Każdy obywatel ma w nim swoje miejsce. Całość zaś pozostaje pod okiem jedynego źródła władzy, które stanowi osoba monarchy. Jego decyzje mogły zależeć tylko od woli Boga, jako że, wedle ówczesnych, władza królewska pochodziła bezpośrednio od Stwórcy. Nie ma tu więc mowy o parlamencie czy jakichś instytucjach kontrolnych. Wszystkie ich funkcje skupia w sobie monarcha, który, jak następca Ludwika XIII, panujący w latach 1643-1715 Ludwik XIV, śmiało – choć nieco bezczelnie – mógł powiedzieć o sobie: „państwo to ja”. Ludwik XIV określany był zresztą jako Król Słońce. Symbolika tego przydomku jasno wskazuje, jaką grał w państwie rolę. Budowa systemu absolutystycznego we Francji rozpoczęła się od stopniowego ograniczania władzy i roli Stanów Generalnych, a także przez reformę administracji terenowej – jej usprawnienie i jednocześnie ścisłe podporządkowanie władzy centralnej. Na szczycie piramidy administracji znaleźli się nominowani przez króla ministrowie, z pierwszym ministrem na czele. Ta ostatnia funkcja ­przypadała we Francji bardzo zdolnym i niebezpiecznym politykom, jak kardynałowie Richelieu i Mazarini. Obaj rozpolitykowani duchowni uzyskali bardzo duży wpływ na obrót spraw we Francji, co wydaje się nieco podważać praktyczne znaczenie osoby króla. Nie zmienia to jednak faktu, że jego znaczenie formalne było olbrzymie. To monarcha był uosobieniem woli Boskiej na ziemi i najwyższym autorytetem w państwie, którego majestat unosił się nad każdą podjętą przez urzędników decyzją.

Formowanie się monarchii parlamentarnej

Zupełnie inaczej miały się sprawy w Anglii. Za panowania króla Jakuba, od 1603 roku stopniowo narastał konflikt między królem a parlamentem, wynikający z zaniepokojenia posłów wzrostem dochodów królewskich i znaczenia samego monarchy. Jakub I próbował zabezpieczyć się przed oporem z ich strony, po prostu parlamentu nie zwołując. Po jego śmierci jednak, w 1625 roku deputowani wymusili na jego następcy, Karolu I, przyjęcie ustawy nakazującej coroczne ustalanie wysokości opłat celnych, co w praktyce oznaczało konieczność corocznego zwoływania parlamentu. Karol unikał tego, jak tylko mógł. Kiedy jednak prowadził wojnę z Hiszpanią, potrzebował pieniędzy, a tym samym podniesienia podatków. Wówczas to posłowie zmusili go do przyjęcia tzw. Petition of Rights – ustawy żądającej od króla przestrzegania praw, zakazującej uchwalania jakichkolwiek zmian w podatkach bez zgody parlamentu i wymierzania jakichkolwiek kar bez wyroku sądu. Następny etap wciąż narastającego konfliktu rozpoczął się w roku 1640. Do tego czasu Karolowi wciąż udawało się unikać współwładzy z parlamentem – mimo Petition of Rights w ogóle go nie zwoływał. Konflikt zyskał też szersze podłoże społeczne. Karol wciąż występował przeciwko szkockiemu kościołowi reformowanemu i odłamowi religijnemu purytan, aż w końcu zakazał działalności tego pierwszego.

1640 roku jednak znów potrzebował podniesienia podatków i zmuszony był zwołać parlament. Wówczas też sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. Opozycja natychmiast doprowadziła do uchwalenia prawa o zakazie rozwiązywania parlamentu bez zgody posłów. Parlament zwołany w 1640 roku obradował więc przez trzynaście lat! Już w 1642 roku rozpoczęła się wojna domowa między armią parlamentu i armią króla. Karol I Stuart poniósł w niej klęskę i dostał się w ręce wojsk parlamentu. W roku 1649 został skazany na śmierć i ścięty za prowadzenie wojny z parlamentem i ludem angielskim. Był to absolutnie pierwszy taki wypadek w dziejach Europy. W Anglii ustanowiono republikę. Po ścięciu króla wojna trwała jeszcze dwa lata, aż do ostatecznego zwycięstwa armii parlamentu, dowodzonej przez świetnego wodza i fanatyka religijnego Olivera Cromwella. Równocześnie w jego ręce dostała się władza o niemal dyktatorskim charakterze. Posłowie opowiadający się za potępieniem egzekucji króla zostali usunięci z parlamentu. Od 1653 roku Cromwell rządził, przy współudziale parlamentu, jako dożywotni lord protektor. Ten nowy tytuł został przez niego wprowadzony w opracowanej wtedy konstytucji pod nazwą Instrument Rządów. Według niej władza należy do rzeczonego Lorda, piętnastoosobowej rady i parlamentu. Prawa wyborcze zależą zaś od majątku obywatela. W rzeczywis­tości jednak rządy Cromwella nie były niczym innym niż militarną dyktaturą.

Po śmierci lorda protektora władzę na krótko objął jego dość nieudolny syn. Ta nieudolność, a także narastające zniechęcenie społeczne wobec nowego systemu doprowadziły do likwidacji urzędu protektorskiego i wezwania z emi­gracji następcy Karola I. W 1660 roku ton objął Karol II Stuart – nastąpiła restauracja monarchii. Nie była to już jednak ta sama monarchia co przed rewolucją. Król znacznie bardziej musiał się liczyć z parlamentem. Na przykład w 1679 roku uchwalono Habeas Corpus Act, ustawę zakazującą więzienia kogokolwiek bez wyroku sądu. Parlament skutecznie też opierał się próbom rekatolizacji kraju. W 1688 roku natomiast tenże parlament, zirytowany rządami Jakuba II, zmienił sobie dynastię panującą. Uchwalił przekazanie władzy córce Karola Stuarta (Marii Stuart) poślubionej Wilhelmowi Orańskiemu. Nigdy już król angielski nie mógł lekceważyć parlamentu.

Przemiany społeczne i gospodarcze

Niezmiernie ważną cechą czasów nowożytnych było wprowadzenie i wykorzystanie w gospodarce rynkowej kapitału, czyli pieniędzy, które, obracając nimi, pomnażano, a których przeznaczeniem były nie tyle konsumpcja i gromadzenie, ile dalsze inwestowanie.

W początkach XVII wieku świat przeżywał poważną zapaść gospodarczą. Przede wszystkim od rozpoczęcia eksploatacji kolonii amerykańskich stale zwiększa się wydobycie srebra i złota. Zalew kruszców wywołał postępującą inflację. Lata 1550-1650 to czas tak zwanej rewolucji cenowej. Ceny towarów wzrosły wówczas cztero- i pięciokrotnie.

Rynek zostaje nasycony towarami pochodzącymi z kolonii. Następuje osłabienie wzrostu demograficznego. Dochodzi do akumulacji kapitału – skupia się on w rękach poszczególnych osób i firm. To trzy podstawowe przyczyny zaostrzenia się kryzysu i znacznego spadku popytu. Wyrazem kryzysu był krach na giełdzie w Amsterdamie. Rozpoczął się okres zastoju gospodarczego, przy jednoczesnym nadmiarze środków pieniężnych. Wciąż jednak rozwijał się handel kolonialny. Powstałe na początku wieku wielkie spółki, angielska Kompania Wschodnioindyjska i holenderska Kompania Zachodnioindyjska, rozpoczęły opanowywanie rejonu Oceanu Indyjskiego, sprowadzając stamtąd surowce i towary. Rozwijała się bankowość; na przykład w 1694 roku powstał Bank Angielski. Rozwój przeżywały także giełdy.

W ciągu XVII wieku doszło też do wykształcenia się doktryny polityczno-ekonomicznej określanej jako merkantylizm. W myśl tej doktryny państwo miało być najważniejszym podmiotem gospodarczym. Gospodarka państwowa miała być względnie jednolita. Jej rozwój zaś i interesy – zabezpieczane (dzięki cłom) i kontrolowane (dzięki koncesjom) przez państwo.

Jest to zarazem czas ukształtowania się wczesnokapitalistycznej etyki mieszczańskiej. Mieszczaństwo, zyskująca wciąż na znaczeniu kosztem szlachty, wykształciło swój własny styl życia i system wartości, w którym nadrzędną rolę zyskały pobożność, pracowitość i gospodarność. W obyczajowości mieszczańskiej największym grzechem – źródłem wszelkiego zła – było lenistwo. Bogactwo było dla mieszczanina znakiem wysokiej moralności, bieda – świadectwem rozkładu moralnego. Uznano, że wszyscy ubodzy mają w sobie coś podejrzanego. Celem ówczes­nych instytucji opieki społecznej było więc zmuszenie do pracy wszystkich niepracujących, a przy okazji… zapewnienie niezmiernie taniej, przymusowej siły roboczej.

Filozofia XVII wieku

René Descartes (Kartezjusz )
To jeden z największych i najważniejszych filozofów czasów nowożytnych. Powstawanie jego doktryny zapoczątkowane zostało poszukiwaniem tak zwanej „metody” – czyli sposobu, w jaki naukowiec lub filozof mógłby skutecznie ­dochodzić prawdy. Dotychczasowe sposoby rozumowania naukowego uważał ­bowiem Kartezjusz za niewystar­­­­­­­­czające i pozbawione obiektywnych, ­niepodważalnych podstaw, a to kwestionowało, jego zdaniem, wartość dokonywanych zgodnie z tymi metodami badań. Zilustrować ten problem można przykładem matematyki. W matematyce nawet rewelacyjnie przeprowadzone dowodzenie mija się z celem, jeśli podstawowe dane i założenia, wedle których zostało ono dokonane, są błędne. Kartezjuszowi jednak chodziło nie tylko o matematykę. Postanowił ustalić wspólne i najgłębsze założenia dla wszystkich dziedzin nauki, by w ten sposób unikać niweczącego cały wysiłek błędu na pierwszym etapie rozumowania. Gdzie znajduje się ów pierwszy etap wszystkich rozumowań? Ano tam, gdzie najtrudniejsze pytania filozofii – u jej podstaw. Aby więc odnaleźć „metodę”, Kartezjusz musiał stworzyć cały system filozoficzny, odpowiadający, według filozofa, na wszystkie z tych najtrudniejszych pytań.

Blaise Pascal
„Był raz człowiek, który mając lat dwanaście – wyczarował z kresek i kółek matematykę; który mając szesnaście – ułożył traktat o stożkach najbardziej uczony ze wszystkich, jakie znano od czasów starożytnych; który mając dziewiętnaście – sprowadził do działania maszyny umiejętność dotąd czysto rozumową; który mając dwadzieścia trzy – ustalił fakt ciężaru powietrza i unicestwił jeden z wielkich błędów wielkiej fizyki; który w latach, w których inni zaczynają się niejako rodzić, przebiegłszy cały krąg ludzkich umiejętności, dostrzegł ich nicość i zwrócił swoją myśl ku religii; który od tej chwili, aż do śmierci w trzydziestym dziewiątym roku życia – zawsze cierpiący i słaby – utrwalił język Bousseta i Racine’a, dając w nim wzory zarówno najbardziej doskonałej ironii, jak i najmocniej przekonującej argumentacji; który wreszcie – w krótkich przerwach między cierpieniem a cierpieniem – rozwiązał dla rozrywki jedno z najbardziej zawiłych zadań geometrii i rzucił na papier myśli tyleż Boże, co człowiecze. Ten druzgocący geniusz zwał się Blaise Pascal”.

Tak – właściwie jednym zdaniem! – scharakteryzował wielkiego filozofa pisarz i myśliciel początku dziewiętnastego wieku François Rene de Chateaubriand. Określenie „druzgocący geniusz” jest tu całkiem na miejscu. Trudno chyba znaleźć w siedemnastym stuleciu przykład człowieka bardziej wszechstronnego. Dokonał wielu odkryć w matematyce i fizyce. Wykazał się także niemałą pomysłowością, projektując maszynę do liczenia. Filozofią zajął się trochę później, jako człowiek już dorosły. Nigdy jednak nie porzucił nauk ścisłych. Nie szukajmy wszakże matematycznej ścisłości i harmonijności w poglądach filozoficznych Pascala. Tak naprawdę nie należą one do najłatwiejszych w odbiorze. Zajmiemy się tylko dwoma aspektami jego rozważań.

Pierwszy z nich to kwestia natury i kondycji człowieka. Słynne jest Pascalowskie porównanie człowieka do trzciny na wietrze – jednocześnie słabej i drżącej, ale też w jakiś sposób silnej, wytrzymałej. Mamy tu do czynienia z poglądem w pewnym sensie pokrewnym myśli Kartezjańskiej – miejsce człowieka określa jego świadomość, trwa on w zawieszeniu między materią a duchem, górując nad tą pierwszą dzięki możności myślenia i odczuwania. „Gdyby nawet wszechświat zmiażdżył człowieka, byłby on i tak czymś szlachetniejszym niż to, co go zabija, bo wie, że umiera – i zna przewagę, którą świat ma nad nim. Wszechświat nic o tym nie wie” – pisał Pascal.

Inny aspekt jego rozważań to, równie słynny, „zakład Pascala”. Z prawideł charakterystycznych dla rachunku prawdopodobieństwa wywiódł on dowód na „opłacalność wiary”. Niezależnie od tego, czy wierzymy, czy nie – stawiamy na: „Bóg jest” albo „Boga nie ma”. Skoro Bóg jest – wierząc weń i oddając mu cześć, sporo na tym zyskamy – życie wieczne i wieczne szczęście. Jeśli jednak Go nie ma – i tak nic nie stracimy, choć co prawda także nic nie zyskamy. A zatem „opłaca się” stawiać na: „Bóg jest”.

Baruch Spinoza
Poglądy tego filozofa zostały docenione dopiero po jego śmierci. Skonstruował on i wyłożył w Etyce niezwykły i bardzo trudny system, którego główne cechy tu wymienimy, a raczej spróbujemy omówić za pomocą dwu pojęć. Oto one.

  • Determinizm mówi, że „wszystko, co zachodzi, dzieje się według odwiecznego porządku i stałych praw natury”. Nikt więc nie jest zupełnie wolny i nikt nie ma pełnego wpływu na swoje życie. A zatem ludzkie moce są bardzo ograniczone – i w związku z tym nie można ich przeceniać.
  • Relatywizm mówi, że nie ma rzeczy obiektywnie dobrych i złych. Zawsze mogą one podlegać ocenie tylko w związku z jakąś sytuacją. Z tym wiąże się pogląd, iż nic nie może być celem samo w sobie. Każda rzecz może być tylko środkiem do osiągnięcia szczęścia. Zdaniem Spinozy drogą do osiągnięcia szczęścia jest więc rozumienie, że istnieją granice ludzkich możliwości. A skoro wszystko, co się wydarza, musiało się wydarzyć, nie ma sensu trwonić energii na przeciwstawianie się temu. W ten sposób Spinoza zbliżył się do antycznego stoicyzmu. Różni go jednak od stoików to, że wedle niego powody, dla których „wszystko musi się wydarzyć”, to nie, jak dla stoików, los lub wola bogów, ale raczej układy fizyczne i psychiczne oraz właśnie ograniczenie ludzkich możliwości. Ten wielki filozof nie wierzył w „dogłębne przemiany”, jakim mieliby podlegać ludzie. Uważał, że – jak byśmy dziś powiedzieli – siebie nie można przeskoczyć. Jesteśmy, jacy jesteśmy. To, co się z nami dzieje, dzieje się właśnie dlatego, że tacy jesteśmy – i bardzo inni już nie będziemy.

Gottfried Leibniz
Ten niemiecki filozof zbudował bardzo spójny i harmonijny system. Taki, w którym wszystko pasuje do siebie jak ulał i którego obalenie, jak każdego systemu tego typu, nie zajęłoby zbyt wiele czasu i energii filozofowi współczesnemu. Na pocieszenie i aby całkiem Leibniza nie deprecjonować, powiedzmy sobie, że właściwie już od dawna można to zrobić z każdym systemem filozoficznym.

Jeśli zaś chodzi o poglądy Leibniza, jak na swoje czasy były one rewolucyjne. W największym skrócie powiedzieć można, że według niego świat jest harmonijnym zespołem samodzielnych, całkowicie odrębnych jednostek – tak zwanych monad. Monady to odrębne byty, o różnym stopniu rozwoju – mające swoje miejsce w strukturze świata. Monadą doskonałą jest Bóg. Im zaś monada jest doskonalsza, tym lepiej i jaśniej postrzega świat. Harmonijność świata jest ustalona i uporządkowana przez Boga.
Leibniz twierdził także, że świat, na którym żyjemy, jest najdoskonalszym ze wszystkich możliwych układów monad – najlepszym ze światów.

 

Barok w Polsce

Mówiąc ładnie, wiek XVII to w historii Polski czas ostatnich wielkich wzlotów i pierwszych wielkich upadków. Mówiąc zaś szczerze, tych drugich było znaczenie więcej, a pierwsze nie niosły ze sobą trwałych korzyści. W ciągu XVII stulecia Polska zdążyła dojść do krawędzi ostatecznego upadku.

W Europie, zwłaszcza w krajach sąsiadujących z Polską, był to czas kształtowania się niezbyt sympatycznego, ale bardzo skutecznego systemu absolutystycznego. W Polsce zaś przypadał nań szczytowy rozwój sympatycznego, ale całkiem nieskutecznego systemu parlamentarnego w bardzo marnym wydaniu. Jego niska skuteczność wynikała chyba przede wszystkim z reguły jednomyślności przy jednoczesnym braku sensownej kultury politycznej wśród posłów. Niezwykle żywa i kulturowo umotywowana niechęć szlachty do wszelkich form jednoosobowego zarządzania w strukturach państwa, do podległości i posłuszeństwa sprawiała, że w sytuacjach zagrożenia – w tym wieku zaś zdarzały się one często – nie było możliwości sprawnego zorganizowania reakcji.

Przede wszystkim wiek XVII to czas ciągłych wojen. Z Turcją, Szwecją, ­Rosją, z powstaniem Chmielnickiego na Ukrainie, a nawet dwu wojen domowych – rokoszy Lubomirskiego i Zebrzydowskiego. Najczarniejsze momenty to niewątpliwie powstanie Chmiel­nickiego, rozpoczęte w roku 1648, a zakończone utratą Ukrainy na rzecz Rosji, oraz ­potop szwedzki, rozpoczęty inwazją w roku 1655, a zakończony ruiną gospodarczą państwa. Wszystkim tym inwazjom opierała się słaba armia, oparta na pospolitym ruszeniu, w której wojska regularne stanowiły jedynie niewielką część.

W historii militarnej niewątpliwym sukcesem była wyprawa Jana III Sobieskiego pod Wiedeń i wielkie zwycięstwo nad Turkami w roku 1683. Niestety, nie był to jednak znaczący sukces polityczny, lecz raczej efekt ambicji Sobieskiego, który pragnął odegrać wielką rolę w Europie, i dziwnych, niezbyt opłacalnych układów z konkurującymi ze sobą Francją i Austrią. Oczywiście, rozbijając Turków, Sobieski wyzwolił Europę od zagrożenia z ich strony. Było to jednak także zagrożenie dla austriackiego imperium Habsburgów, którego słabość mogła być Polsce na rękę.

W sprawach wewnętrznych zaś Polska osiągnęła stan kompletnego paraliżu władzy sejmowej. W 1652 roku doszło do pierwszego zastosowania zasady „liberum veto”. Od tego też momentu stosowanie jej stało się smutnym obyczajem polskiej sceny politycznej. Trzeba też pamiętać o panicznym lęku polskiej szlachty przed wszelkimi formami absolutyzmu. Posłowie uznali, ze najlepszą gwarancją słabości króla jest słabość jego budżetu. Zaowocowało to, rzecz jasna, brakiem pieniędzy na wydatki państwowe – choćby na armię. Wszystko to sprawiło, że właśnie w XVII wieku historycy dopatrują się momentu krytycznego. Tego, w którym Polska weszła na równię pochyłą prowadząca do ostatecznego upadku. Niewątpliwie była już na niej po śmierci Jana III Sobieskiego – w okresie unii personalnej z Saksonią, panowania Augusta II Mocnego i Augusta III. Początek XVIII wieku to już czas utraty niezależności, sporów co do osoby króla, zakończonych ucieczką Stanisława Leszczyńskiego – kontrkandydata Augusta II Mocnego. To także czas, w którym w dużej mierze na terytorium Polski, lecz bez jej udziału, rozegrała się wojna Rosji ze Szwecją.

 

Kultura szlachecka i sarmatyzm

Zacznijmy od paru banałów, o których czasem się, niestety, zapomina.

  • Po pierwsze, kto właściwie mógł się nazwać obywatelem Polski w XVII wieku? Otóż tylko i wyłącznie szlachcic. Tylko szlachta miała prawa wyborcze i przywileje obywatelskie. A w kraju, w którym rzeczywista władza należała właś­ciwie tylko do sejmu, było to o wiele bardziej istotne niż gdziekolwiek indziej.
  • Po drugie, w świetle prawa każdy szlachcic miał identyczne przywi­leje. Niezależnie od tego, czy był właścicielem pięciu pałaców, trzystu wsi i jednej trzeciej Ukrainy, czy hektara ziemi i jednego konia, czy choćby tylko szabli! Oczywiście, w sferze obyczajowej zamożność miała istotne znaczenie: mówiąc krótko, magnaci cieszyli się większym szacunkiem niż szlachta bez ziemi. Nie zmienia to jednak faktu, że wszyscy oni byli przedstawicielami tej samej części społeczeństwa. Ba, tak naprawdę to sami siebie uważali po prostu za społeczeństwo.

Mówiąc o polskim ludzie, szlachcic miał na myśli polską szlachtę. Nawet do głowy by mu nie przyszło, by wziąć w tym względzie pod uwagę inne warstwy społeczne. Istniało w dodatku powszechne wśród szlachty przekonanie o braterstwie oraz wspólnocie duchowej i myślowej jej przedstawicieli. Przekonanie, które było podstawowym uzasadnieniem cokolwiek zabójczej reguły jednomyślności sejmu; ówczesny sejm nie podejmował bowiem decyzji przez głosowanie, lecz przez aklamację – powszechną zgodę. W 1652 roku zasada ta została po raz pierwszy wykorzystana do zablokowania ustawy i zerwania posiedzenia. Wystarczył bowiem okrzyk niejakiego Sicińskiego: „nie pozwalam!” – by wszyscy pozostali musieli się temu podporządkować. Siciński był w pewnym sensie przekupiony przez wielkiego magnata, Radziwiłła. Nie była to jednak zwykła korupcja. Był to raczej efekt pewnego zwyczaju, polegającego na tym, że potężni magnaci mieli w sferze swoich wpływów, w okolicach, w których mieściły się ich włości, tak zwanych klientów, czyli mniej zamożną szlachtę, korzystającą z dobrodziejstw potęgi magnata w zamian za udzielanie mu poparcia, przede wszystkim politycznego. Takim klientem mógł być zarówno szlachcic całkiem zamożny i niezależny, jak i taki, który za cały majątek miał herb i rzeczoną szablę. Nawet taki biedak wszakże nie tyle wstępował na służbę do bogacza, ile po prostu korzystał z pomocy „brata szlachcica”, któremu lepiej się wiedzie. W świetle prawa zaś – gdyby chciał i zyskał poparcie – mógłby nawet kandydować na króla! Król bowiem nie był z punktu widzenia panów szlachty nikim innym niż po prostu jednym z nich, tyle że pełniącym bardzo szacowny urząd. Znasz zapewne powiedzonko „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”?

Pod koniec XVI wieku pojawiły się w pracach historyków teorie mające uzasadniać szlacheckie poczucie wspólnoty. Wywiedziono mianowicie pochodzenie „polskiego ludu”, czyli szlachty, od starożytnego narodu Sarmatów. Co prawda inna szkoła optowała za pochodzeniem szlachty od Rzymian, ale o wiele większy oddźwięk znalazła ta pierwsza. Ów starożytny lud Sarmatów miał się cechować wspaniałymi obyczajami, niezwykłą odwagą i siłą militarną. Dodajmy, że w świetle późniejszych badań oczywistością stało się, iż… lud ten nigdy nie stąpał po ziemi. Dla szlachty jednak było to rewelacyjne uzasadnienie jej poczucia wyjątkowości i odrębności. Co do odrębności – pominąwszy już ewenement, jakim był polski system państwowy – że nawet strój polskiego szlachcica był absolutnym dziwactwem w modzie ­europejskiej. Nie chodzi tu jednak o poszczególne i jaskrawe przykłady. Sarmacka ideologia niosła ze sobą spójny, jednolity wzorzec szlacheckich zachowań: ideał szlachcica – Sarmaty, ­gospodarującego w swych włościach i uczestniczącego w życiu szlacheckiej wspólnoty.

 

Import i eksport kultury

Siedemnastowieczna Polska, nazywana przez ówczesnych przedmurzem chrześcijaństwa, to także obszar mieszania się kultur – ciągłej wymiany między Wschodem a Zachodem. Wojny z Turcją i zdobywane łupy przyczyniły się do narodzenia się wśród polskiej szlachty specyficznej mody na orient. Kontusz przewiązany pasem to przecież ubiór wschodni. Polacy używali także wschodniej broni. Zakrzywiona szabla nie jest wynalazkiem europejskim! Zarazem jednak, prócz świadomości odrębności, istniało także poczucie łącznoś­ci z Zachodem i wspólnotą chrześcijańską. Szlachta polska była jednak na ogół bardzo oporna na zewnętrzne oznaki ulegania kulturze Zachodu. Wyjątek stanowiła sfera języka. Powszechne były tak zwane makaronizmy, czyli wplatanie słów łacińskich w tok wypowiedzi bądź nadawanie łacińskich form słowom polskim. Wszystko to przyczyniało się do osobliwej odrębności ówczesnej kultury polskiej. Odrębności z dumą podkreślanej przez ideologów sarmatyzmu.

Zobacz:

Pojęciownik epok: barok

Barok w Europie – datownik

Barok w Polsce – datownik

Osobowości epoki baroku

Twórcy i dzieła polskiego baroku

Najważniejsi poeci polskiego baroku

Przedstaw dokonania najważniejszych filozofów baroku