Adam Mickiewicz

Oda do młodości

Bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy;
Młodości! dodaj mi skrzydła!
Niech nad martwym wzlecę światem
W rajską dziedzinę ułudy:
Kędy zapał tworzy cudy,
Nowości potrząsa kwiatem
I obleka w nadziei złote malowidła.

Utwór ten został zbudowany na zasadzie kontrastu. Rozpada się na dwa ciągi obrazów: starego, zgnuśniałego świata, gdzie nad „wody trupie wzbił się jakiś płaz w skorupie”, oraz nowej, pełnej zapału rzeczywistości, którą stworzyć może tylko młode pokolenie.

Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał Hydrze,
Ten młody zdusi Centaury;
Piekłu ofiarę wydrze,
Do nieba sięgnie po laury.
Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga;
Łam, czego rozum nie złamie:
Młodości! orla twych lotów potęga,
Jako piorun twoje ramię.

W wierszu uznanym przez ówczesną młodzież za prawdziwy manifest polskiego romantyzmu (hasła z tej ody wypisywano na murach warszawskich kamienic podczas powstania listopadowego) znalazły się elementy typowo oświeceniowe, które pojawiają się i w warstwie ideowej, i na płaszczyźnie formalnej. Zacznijmy od gatunku literackiego: nawiązująca do antyku oda stanowiła jedną z ulubionych form wypowiedzi odchodzącej w przeszłość epoki (w Polsce z ogromnym powodzeniem pisał ody oświeceniowy poeta Stanisław Trembecki). Poza tym tekst obfituje w tak lubiane w oświeceniu abstrakcyjne pojęcia i obrazy (to chociażby wizja miłości zionącej ogniem), nawiązania do mitologii, wezwania do współdziałania, potępia też negowane wówczas zachowania aspołeczne („samoluby”) i przesądy. Co więc zadecydowało o tym, że tak eklektyczny (niejednolity) wiersz został uznany niemalże za programowy utwór nowej epoki? Eksplozja uczuć!

Takiej euforii i entuzjazmu próżno by szukać w tekstach z okresu oświecenia. Wówczas poglądy przedstawiano i wykładano, a Mickiewicz po prostu wykrzyczał je z głębi serca. Poza tym – wiara w twórczą moc młodości (oświecenie wychwalało stateczność i godność lat dojrzałych), która została niemal zrównana z Boską potęgą tworzenia („Młodości! orla twych lotów potęga, jako piorun twoje ramię”) oraz wezwanie do romantycznego czynu zbrojnego („Gwałt niech się gwałtem odciska”).

Oda do młodości Adama Mickiewicza

Romantyczność

„Zdaje mi się, że widzę… gdzie?
Przed oczyma duszy mojej.”
Szekspir

Słuchaj, dzieweczko!
– Ona nie słucha. –
To dzień biały! To miasteczko!
Przy tobie nie ma żywego ducha.
Co tam wkoło siebie chwytasz?
Kogo wołasz, z kim się witasz?
– Ona nie słucha.

W treść utworu doskonale wprowadza nas motto zaczerpnięte z Hamleta. Rzecz będzie o konflikcie między światem realnym a wyobraźnią czy też, mówiąc słowami poety, między „czuciem i wiarą” a „mędrca szkiełkiem i okiem”. W dwóch pierwszych strofach poeta zarysowuje sytuację liryczną: młoda dziewczyna zaczyna nagle mówić do siebie, wykonywać dziwne gesty – jakby kogoś głaskała, obejmowała, przytulała. Nieprzytomna? Obłąkana? Otoczenie próbuje uzmysłowić jej absurdalność sytuacji: powinna się opanować, przecież poza gromadą gapiów nie ma przy niej nikogo, z kim mogłaby rozmawiać! Ale dziewczyna bagatelizuje wszystkie uwagi. Z jej wypowiedzi wnioskujemy, że rozmawia z… duchem zmarłego kochanka, który dla reszty świata pozostaje niewidoczny. Karusia opowiada mu o swojej samotności „w złych ludzi tłumie”, tuli go, pieści. Wśród obserwatorów tej sceny zarysowują się dwa stanowiska: prości ludzie nawołują do odmawiania pacierza w przekonaniu, że dusza Jasia „być musi przy swej Karusi,/ On ją kochał za żywota!”, starzec natomiast (w jego osobie Mickiewicz sportretował profesora Jędrzeja Śniadeckiego) twierdzi, że „dziewczyna duby smalone bredzi,/ A gmin rozumowi bluźni”, i wzywa do zaufania jego naukowym metodom poznawania świata. A co o tym zdarzeniu myśli poeta? Swoje zdanie ujawnia wprost w dwóch ostatnich zwrotkach, i jest to jakby komentarz do całego tekstu:

Dziewczyna czuje – odpowiadam skromnie –
A gawiedź wierzy głęboko:
Czucie i wiara silniej mówią do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko.

Deklaruje on prawdziwie romantyczną postawę: wynosi na piedestał uczucie i docenia wiarę prostych ludzi. Takie rozumowanie pozwala tworzyć sytuacje z pogranicza świata baśni, fantazji i realności. Na takich założeniach opierają się także pozostałe utwory z uznawanego za manifest polskiego romantyzmu tomiku Ballady i romanse. Utwory te szokowały wówczas polskiego odbiorcę. Tymczasem ich przesłanie (apoteoza prostej uczuciowości) i forma (mieszanie gatunków: partie liryczne przeplatają się z epickimi, a nawet udramatyzowanymi) nawiązują do trendów, które w Europie panowały już od dłuższego czasu ­(Pieśni Osjana Macphersona, ballada Król Olch Goethego, liczne ballady Schillera).

Adam Mickiewicz – Ballady i romanse

Juliusz Słowacki

Hymn

Smutno mi, Boże! – Dla mnie na zachodzie
Rozlałeś tęczę blasków promienistą;
Przede mną gasisz w lazurowej wodzie
Gwiazdę ognistą…
Choć mi tak niebo ty złocisz i morze,
Smutno mi, Boże!
Jak puste kłosy, z podniesioną głową
Stoję rozkoszy próżen i dosytu…
Dla obcych ludzi mam twarz jednakową,
Ciszę błękitu.
Ale przed tobą głąb serca otworzę,
Smutno mi, Boże!

Wiersz ten powstał w typowo romantycznych okolicznościach. Oto niezrozumiany przez świat poeta odbywa podróż na Wschód (fascynacja romantyków orientem!) – płynie parowcem do Aleksandrii. Jest zupełnie sam: oddalony od rodziny, garstki przyjaciół, nawet od ojczystego krajobrazu („Widziałem lotne w powietrzu bociany/ Długim szeregiem./ Żem je znał kiedyś na polskim ugorze,/ Smutno mi, Boże!”). Jest jak wygnaniec albo samotny pielgrzym, do którego porównuje się w V zwrotce utworu („Żem prawie nie znał rodzinnego domu,/ Żem był jak pielgrzym, co się w drodze trudzi”). Nikt nie interesuje się jego losem, jego problemami, on też nie czuje potrzeby odsłaniania przed zimnym, anonimowym tłumem własnego wnętrza. Mówi o tym metaforycznie w II strofie. Ma podniesioną głowę jak pusty kłos – na pozór jest dumny, pewny siebie i zdystansowany (poza bohatera bajronicznego!), a w rzeczywistości zagubiony i przerażony życiem jak dziecko opuszczone przez matkę. Nic więc dziwnego, że skoro nie ma żadnej bratniej duszy – jako adresata monologu dotyczącego własnych rozterek duchowych wybiera Boga. Forma hymnu, w której się do Niego zwraca, nawiązuje do tradycji chrześcijańskiej, ale jednocześnie chwilami się jej przeciwstawia. Sakralne hymny to bardzo podniosłe pieśni wysławiające Boga w imieniu ogółu wiernych, a zarazem ukazujące ludzką znikomość, małość. W przeciwieństwie do nich Hymn Słowackiego wyraża uczucia bardzo osobiste, poza tym została w nim zakwestionowana (podważona) hierarchia: człowiek – Bóg. Podmiot liryczny podejmuje dyskusję ze Stwórcą nie z poziomu istoty niższej, lecz na prawdziwie partnerskich prawach! Choć docenia wielkość Boskiego dzieła (świata), dostrzega w nim jednocześnie wiele wad! Czy Bóg, który byłby skończoną doskonałością, stworzyłby rzeczywistość skazującą człowieka na wieczną i bezcelową tułaczkę?

Obraz poety „obłąkanego” (dzisiaj powiedzielibyśmy: zabłąkanego) na wielkim morzu to nie tylko ilustracja konkretnej sytuacji, w jakiej znalazł się podmiot liryczny, lecz także uniwersalna metafora ludzkiego losu! Rozmyślając o Bożym dziele, dochodzi poeta do jakże smutnego wniosku: jedyną pewnością, jaką można mieć na świecie, jest nieuchronność śmierci i przemijania („Żem często dumał nad mogiłą ludzi […] Że nie wiem, gdzie się w mogiłę położę”). Czy zatem nie istnieje żadna wartość, która mogłaby zapewnić człowiekowi wewnętrzne ocalenie? Słowacki dostrzega ją jedynie w umiejętności wczuwania się we własne nastroje, we wrażliwości i refleksyjności – tę myśl wyraża ostatnia zwrotka utworu. Ktoś, kto patrzy na „tęczę blasków promienistą” (metafora zachodu słońca), jednocześnie z zachwytem i przerażeniem rozumiejąc i dramat, i piękno życia, dzięki swojej uczuciowości (romantyczny kult serca!) staje się niemal równy Bogu. Przesłanie tego przesyconego smutkiem utworu nie jest więc jednoznacznie pesymistyczne.

Grób Agamemnona
1
Niech fantastycznie lutnia nastrojona
Wtóruje myśli posępnej i ciemnej,
Bom oto wstąpił w grób Agamemnona
I siedzę cichy w kopule podziemnej,
Co krwią Atrydów zwalana okrutną.
Serce zasnęło, lecz śni. Jak mi smutno!

I ten wiersz powstał w podróży. Tym razem poeta zwiedzał greckie miasto Mykeny, a w nich grobowiec legendarnego wodza z czasów wojny trojańskiej – króla Agamemnona. Posępna atmosfera tego miejsca skłoniła artystę do zadumy nad sobą i własną twórczością oraz położeniem, w jakim znalazła się jego ojczyzna. Tematy to od siebie dość odległe, ale nie należy się temu dziwić, gdyż wiersz, będący fragmentem VIII pieśni Podróży do Ziemi Świętej z Neapolu, realizuje wszystkie cechy poematu dygresyjnego (swobodne zmienianie wątków i tematów, luźna budowa). Dwa pierwsze wersy utworu to apostrofa, w której podmiot liryczny wzywa poezję, „lutnię”, by wyraziła uczucia towarzyszące mu podczas zwiedzania. Wspominając bohaterską przeszłość Grecji, poeta odczuwa podziw zmieszany z pokorą. Mówi, że Homer stworzył wielkie dzieła. Potrafił ożywić przeszłość i, nie pomijając ułomności ludzkich, wydobyć z niej bohaterstwo i wzniosłość, które przemawiają od wieków do kolejnych pokoleń czytelników. Chociaż Słowacki starał się iść tym samym tropem, czuł swoją niedoskonałość w porównaniu z autorem Iliady. Myśl tę wyraził piękną metaforą, w której wpadający do grobowca promień słońca przypomina mu strunę harfy Homera. Chciałby wydobyć z niej dźwięki równie doskonałe jak Homer, ale, jak mówi, w jego ręku „struna drgnęła i pękła bez jęku”.

Pierwsza część wiersza ma więc charakter osobisty. Druga – dotyka historii. Poeta surowo ocenia klęskę powstania listopadowego, porównując ją do klęski Greków pod Cheroneą, a odmawiając jej prawa do porównania z bohaterską bitwą pod Termopilami. Następnie przechodzi do analizy przyczyn upadku Polski i jej niewoli. Tu pojawiają się dwie najbardziej znane metafory wiersza: „dusza anielska” (siły całego narodu) i więżący ją „czerep rubaszny” (wady konserwatywnej szlachty). Poeta wzywa naród do zrzucenia go wraz z „Dejaniry płonącą koszulą”, ale już w punkcie wyjścia brakuje mu wiary w powodzenie tego przedsięwzięcia. Dlaczego? Otóż w opinii Słowackiego Polacy, zapatrzeni bałwochwalczo w obce wzory (słynne: „Pawiem narodów byłaś i papugą”), nie są zdolni do prowadzenia mądrej polityki, dają się mamić błyskotkami i błahostkami. Obrachunek z narodem jest więc gorzki i bolesny. Podkreślmy przy tym, że poeta nie stawia siebie ponad całym społeczeństwem, nie uzurpuje sobie uprzywilejowanej roli ­sędziego, i to daje mu prawo do wygłaszania niepopularnych prawd. W wierszu panuje niezwykłe napięcie uczuciowe, przeplatają się w nim: gwałtowny żal i pogarda (w części pierwszej) oraz wiara, nadzieja i duma (w części drugiej).

Grób Agamemnona – Juliusz Słowacki

Testament mój

Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami,
Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny,
Dziś was rzucam i dalej idę w cień – z duchami –
A jak gdyby tu szczęście było – idę smętny.
Nie zostawiłem tutaj żadnego dziedzica,
Ani dla mojej lutni, ani dla imienia –
[…]
Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,
Co mi żywemu na nic… tylko czoło zdobi;
Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,
Aż was, zjadacze chleba – w aniołów przerobi.

To nie tylko poetycki testament, ale również podsumowanie własnej, świadomie wybranej drogi życiowej. Znowu powraca wątek niezrozumienia poety przez współczesnych, ale tym razem nie towarzyszy mu rozpacz. Przeciwnie – z postawy poety emanuje duma artysty znajdującego się ponad tłumem zwykłych „zjadaczy chleba” i akceptacja takiej właśnie sytuacji. Ten, który zgodził się iść przez życie „bez świata oklasków”, podejmował w swojej twórczości najbardziej ważkie problemy. Teraz – jak gdyby w przeczuciu zbliżającej się śmierci – powtarza wezwania znane już z Grobu Agamemnona (jest tu myśl, iż potrzeba współpracy całego narodu, zachęta, gdy zajdzie taka konieczność, do walki zbrojnej – nawołująca do niej metafora, określająca walczących jako „kamienie przez Boga rzucane na szaniec”, posłużyła po latach jako tytuł książki Aleksandra Kamińskiego o młodych patriotach innych czasów). Na szczególną uwagę zasługuje pojawiający się w tekście wątek z Ody łabędziej Horacego (non omnis moriar). Nieśmiertelność – to w przypadku Słowackiego nie tylko zwykła pamięć o poecie, lecz także zaklęta w jego strofach potęga, która doprowadzi do duchowej przemiany narodu.

Liczne nawiązania literackie do poezji Słowackiego (aluzję do omawianego wiersza stanowi Testament Herberta, a sam Słowacki pojawia się w Lekcji polskiego Brylla) są dowodem na to, że romantyczna duma poety była w pełni uzasadniona.

Juliusz Słowacki – Testament mój

Cyprian Kamil Norwid

Fortepian Szopena
I
Byłem u Ciebie w te dni przedostatnie
Nie docieczonego wątku – –
– Pełne, jak Mit,
Blade, jak świt…
– Gdy życia koniec szepce do początku:
„Nie stargam Cię ja – nie! – Ja, u – wydatnię!…”
II
Byłem u Ciebie w dni te, przedostatnie,
Gdy podobniałeś – co chwila, co chwila –
Do upuszczonej przez Orfeja liry,
W której się rzutu-moc z pieśnią przesila,
I rozmawiają z sobą struny cztery,
Trącając się,
Po dwie – po dwie –
I szemrząc z cicha:
„Zacząłże on
Uderzać w ton?…
Czy taki Mistrz!… że gra… choć – odpycha?…”

Oto jeszcze jeden wiersz, którego nie można zrozumieć bez rozszyfrowania jego kontekstów. W Warszawie w czasie powstania styczniowego rozegrało się dramatyczne wydarzenie: w akcie zemsty carscy żołdacy wyrzucili z okna pałacu Zamoyskich na bruk fortepian Szopena. Sam kompozytor już wtedy nie żył – zmarł w 1849 r. w Paryżu. Norwid odwiedził go na kilka tygodni przed śmiercią. Napływające później z kraju doniesienia o zbezczeszczeniu instrumentu obudziły w poecie wspomnienie spotkania podczas tych „dni przedostatnich” i zainspirowały go do napisania rozbudowanego liryku. Już w pierwszym wersie poeta zwraca się bezpośrednio do Szopena („Byłem u Ciebie…”), co pozwala uznać wiersz za przykład liryki inwokacyjnej. Konwencja ta będzie kontynuowana w całym tekście, bo chociaż Szopen nie odezwie się ani razu, to jego milcząca obecność stanowi dostateczny powód do wygłaszania przez poetę monologu.

Wiersz rozpada się na kilka części. Pierwsza, zwrotki I-III, opisuje zapamiętaną przez Norwida sylwetkę gasnącego artysty. Jego blada twarz i alabastrowe dłonie zlewają się w jedno z bielą klawiatury fortepianu, co jest doskonałą ilustracją romantycznego przeświadczenia o tożsamoś­ci dzieła i jego twórcy. Ostatnie dni Szopena są niezwykłe: „Pełne, jak Mit,/ Blade, jak świt”. Zbliżająca się powoli śmierć nie będzie więc równoznaczna z końcem, lecz z przejściem w inny, wyższy wymiar istnienia (mit jest przecież czymś wiecznie żywym, ponadczasowym, swego rodzaju sacrum). Nieśmiertelność zapewni artyście muzyka – jej opisowi poświęcone są zwrotki od IV do VIII. Na szczególną uwagę zasługuje fragment, w którym pojawia się motyw biblijnej góry Tabor, gdzie Chrystus – Emanuel – dokonał przeistoczenia i objawił uczniom swoją boskość („I stały mi się arfą – wrota,/ Wstęgą – ścieżka…/ Hostię – przez blade widzę zboże…/ Emanuel już mieszka/ Na Taborze!”).

Muzyka Szopena też ma moc przeistaczania, jest pomostem łączącym tradycję antyczną z chrześcijańską i sztukę europejską z polską kulturą ludową („dom modrzewiowy wiejski”). W zwrotce V Norwid podkreśla, że dzieło Szopena nie powstało w próżni, lecz stanowi dziedzictwo polskiej tradycji i cnót, jakimi odznaczaliśmy się już od czasów Piasta – kołodzieja („I była w tym Polska, od zenitu/ Wszechdoskonałości dziejów/ Wzięta […]/ Polska – przemienionych kołodziejów!”). Zalety Polaków zostały wyrażone w postaci symbolu „złotej pszczoły”: złoto oznacza godność i szlachetność, a pszczoła – pracowitość. Rozważania na temat muzyki Szopena prowadzą poetę do próby zdefiniowania prawdziwej sztuki. Określa ją mianem „Dopełnienia” (zwrotka VII), to znaczy rzeczywistości stanowiącej ideał w swoim gatunku. Do tej pory takimi dziełami były rzeźby Fidiasza, psalmy Dawida, tragedie Ajschylosa, teraz dołączyła do nich także muzyka Szopena. O jej wyjątkowym charakterze, podobnie jak o wielkości pozostałych dzieł, zadecydował nie tylko geniusz twórcy, ale także (a może przede wszystkim?) przepełniające go uczucia. Sztuka tylko wtedy może być doskonała, gdy jest „miłości profilem”.

Niestety, wielcy artyści i ich dzieła z reguły skazani są na brak zrozumienia, a brutalny świat częściej akceptuje sztukę powierzchowną, niepełną, niedoskonałą, ale łatwiejszą w odbiorze („ – Piętnem globu tego – niedostatek:/ Dopełnienie?… go boli!… […]/ I woli wyrzucać wciąż przed się – zadatek!”). Dramatyczne wydarzenie z powstania styczniowego zachował poeta na finał utworu: zostało ono przedstawione w zwrotkach od VIII do X. Oto widzimy Stare Miasto wiekowe „jak Pospolita-rzecz”, szare bruki ulic i Kolumnę Zygmunta. Ale obraz miasta to nie tylko statyczne mury, lecz również dynamiczna wizja koni carskich żołnierzy, które rwą się do biegu „jak przed burzą jaskółki”, dymy i cienie grające na fasadach kamienic. Wśród tego zamętu kozacy nagle „[…] przez ganku kolumny/ Sprzęt podobny do trumny/ Wydźwigają…”. Fortepian upada na bruk. Wydarzenie to zostaje zestawione z mitem o Orfeuszu rozdartym przez Pasje na tysiące części. A to skojarzenie odsyła do typowo romantycznego poglądu, że prawdziwy triumf każdej wartości – a więc także sztuki – możliwy jest dopiero po jej śmierci. Tak jak w przypadku ukrzyżowanego Chrystusa, śmierć jest jednocześnie zapowiedzią zmartwychwstania. „Ciesz się, późny wnuku!…/ Jękły – głuche kamienie:/ Ideał – sięgnął bruku”. Śmierć Szopena i zniszczenie jego instrumentu należy więc traktować jako przedsmak zwycięstwa artysty i jego wiekopomnego dzieła, a wraz z nimi – zwycięstwa polskości.

Fortepian Szopena – Cyprian Kamil Norwid

Bema pamięci żałobny rapsod

…Iusiurandum patri datum u s q u e
a d h a n c d i e m ita servavi…
Annibal
(Przysięgi danej ojcu
aż do dziś dnia tak dochowałem…
Hannibal)
I
Czemu, Cieniu, odjeżdżasz, ręce złamawszy na pancerz,
Przy pochodniach, co skrami grają około twych kolan? –
Miecz wawrzynem zielony i gromnic płakaniem dziś polan,
Rwie się sokół i koń twój podrywa stopę jak tancerz.
– Wieją, wieją proporce i zawiewają na siebie,
Jak namioty ruchome wojsk koczujących po niebie.

Rapsod – gatunek literacki, którego nazwa pada w tytule wiersza – to starogrecki poemat epicki, sławiący w podniosłym tonie znanego bohatera, wodza albo ważne wydarzenie. A zatem już tytuł utworu zapowiada, że będzie mowa o człowieku lub zdarzeniu wyjątkowym.

Generał Józef Bem był bohaterem powstania listopadowego, wodzem wojsk węgierskich podczas Wiosny Ludów. O fascynacji jego osobą oraz o zauważonym przez siebie duchowym pokrewieństwie między polskim generałem i kartagińskim wodzem Hannibalem, który w młodości obiecał ojcu, że nigdy nie będzie się bratał z Rzymianami – a zatem i on, i Bem potrafili dochować wierności raz danemu słowu – Norwid mówił wprost wcześniej, jeszcze przed napisaniem rapsodu. W Listach nazywał Bema „mężem Hannibalowi podobnym”. Podniosły utwór dedykowany pamięci generała napisał w pierwszą rocznicę jego śmierci, w roku 1851.

Tekst wyraźnie rozpada się na dwie części. Pierwsza, zwrotki od I do III, ma charakter opisowy – przedstawia pogrzeb Bema. Przy tym pojawiają się tu bezpośrednie zwroty do bohatera: „Czemu, Cieniu, odjeżdżasz”, „pokłaniają się z góry opuszczonymi skrzydłami […] jako wiele pomysłów, któreś dościgał włóczniami”. Uwaga jednak! Nie jest to „poetyckie sprawozdanie” z realnej uroczystości, lecz jej swobodne wyobrażenie.

Część druga, zwrotki od IV do VI, ma charakter refleksyjny, a miejsce podmiotu lirycznego, „rapsoda” – bo tak w starożytności zwano śpiewaków i recytatorów opiewających wielkie czyny – zajmuje podmiot zbiorowya
Wizja pogrzebu generała ustylizowana jest na wzór pochówku dawnych rycerzy. Zamiast munduru pojawia się pancerz, zamiast szabli – miecz „wawrzynem zielony”. W ostatniej drodze towarzyszy zmarłemu jego koń i sokół. Zewsząd otaczają go łopocące na wietrze wojenne proporce. Unosi się woń kadzideł. „Panny żałobne”, płaczki, zbierają łzy do specjalnych naczyń – konch (to obyczaj antyczny), inne „tłuką o ziemię wielkie gliniane naczynia”. A mali chłopcy i pachołkowie „biją w topory pobłękitniałe od nieba,/ W tarcze rude od świateł”. Wszystko odbywa się przy dźwiękach trąb, „co we łkaniu aż się zanoszą…”. Ów plastyczny opis staje się grą efektów kolorystycznych, świetlnych, dźwiękowych (onomatopei) i zapachowych, które wzajemnie wzmacniają siłę swojej ekspresji. Nieustanny ruch podkreśla nieuchronność przemijania, które dotyka nawet największych. Widowiskowy przepych pogrzebu Bema prowadzi niemal do jego sakralizacji (uświęcenia). Rycerskie rekwizyty, przywodzące na pamięć wielkich wodzów przeszłości – do których należy zacytowany Hannibal – czynią generała spadkobiercą chwalebnej tradycji.

W części drugiej procesja traci swój konkretny wymiar. Zebrani „wchodzą w wąwóz i toną… wychodzą w światło księżyca/ I czernieją na niebie” – stając się uosobieniem ludzkości maszerującej nieprzerwanie naprzód. „Dalej – dalej – aż kiedy stoczyć się przyjdzie do grobu/ I czeluście zobaczym czarne, co czyha za drogą,/Które aby przesadzić Ludzkość nie znajdzie sposobu,/ Włócznią twego rumaka zeprzem, jak starą ostrogą…”. Niektórzy badacze widzieli w tych słowach zapowiedź sytuacji, która znów wymagałaby od Polaków walki zbrojnej. W ostatniej zwrotce marsz bohaterów na miarę Bema, marsz owego zwycięskiego korowodu – zostaje porównany do czynu biblijnego Jozuego, który za pomocą dźwięku trąb zburzył mury Jerycha („Aż się mury Jerycha porozwalają jak kłody”).

W wierszu następuje zderzenie przeszłości związanej z pogrzebem generała i przyszłości – zapowiedzianej przez rozpoczęte dzieło przebudowy świata. Przeszłość nie jest martwa. Jest twórcza, aktywna, inspirująca – nie kończy się wraz ze złożeniem zmarłego do grobu. Staje się impulsem dla przyszłych wydarzeń, a to dzięki istnieniu Pamięci. To jej właśnie dedykowany jest utwór. To ona ocala szczytne ideały, w tym wypadku – narodowowyzwoleńcze idee generała Bema. Czysta i wielka myśl, która wytrąca ­narody z intelektualnej i moralnej bezczynności („ujęte snem grody”) – nigdy nie umiera. Po odejściu jej autora kontynuować ją będą kolejne pokolenia („Dalej – dalej – –”).

Bema pamięci żałobny-rapsod – Cyprian Kamil Norwid

Do obywatela Johna Brown

(Z listu pisanego do Ameryki w 1859, listopada)

Przez Oceanu ruchome płaszczyzny
Pieśń Ci, jak m e w ę, posyłam, o! Janie…
Ta lecieć długo będzie do ojczyzny
Wolnych – bo wątpi już: czy ją zastanie?…
– Czy też, jak promień Twej zacnej siwizny,
Biała – na puste zleci rusztowanie:
By kata Twego syn rączką dziecinną
Kamienie ciskał na mewę gościnną!

John Brown to ciemnoskóry amerykański farmer, który 16 października 1859 roku na czele kilkunastoosobowego oddziału dokonał ataku na arsenał w Harpers-Ferry w stanie Wirginia, aby w ten sposób wywołać powstanie mające znieść niewolnictwo Murzynów w Stanach Zjednoczonych. Sam jednak trafił do więzienia i, wyrokiem sądu w Charlestonie z 2 listopada, skazany został na śmierć przez powieszenie. Egzekucję wykonano równo miesiąc później, ale zanim do niej doszło, przez Stany Zjednoczone przetoczyła się fala solidarnościowych wystąpień. Wydarzenie wzburzyło także humanistów z innych krajów, między innymi Wiktora Hugo. Był wśród nich i Cyprian Kamil Norwid. Tuż po zgładzeniu Browna wystosował on list do Polonii amerykańskiej i dołączył do niego wiersz, który zresztą też miał formę listu, poetyckiego, skierowanego do samego, nieżyjącego już, Browna.

Utwór przepełnia gorzka ironia. Stany Zjednoczone, które opowiadały się za ideałami wolności i sprawiedliwości społecznej, okazały się krajem… rasistowskim. Stracenie farmera stało się negatywną lekcją poglądową dla młodych obywateli: pokazało, iż można kogoś zabić tylko za to, że śmiał się upomnieć o swoje ludzkie prawa.

W monologu podmiotu lirycznego pojawiają się makabryczne okoliczności samej egzekucji i związane z nią rekwizyty: ogromne rusztowanie, sznury obejmujące szyję starego Murzyna, ziemia usuwająca się spod jego stóp, kapelusz ­spadający na czoło. Te konkrety czynią obraz bardzo plastycznym i potęgują jego dramaturgię.

W refleksji pojawiającej się tuż po obrazie śmierci Browna brzmi ton wyrzutu i szyderstwa – upersonifikowana Ameryka, patrząc na swój gwiaździsty sztandar, krzyczy: „Korony mojej sztuczne ognie zgaście,/ Noc idzie – czarna noc z twarzą Murzyna!”. Te słowa brzmią niczym profetyczna (prorocza) wizja, zapowiadająca nadejście czasów zła, rasistowskiej pogardy, której symbolem jest noc. Utwór nie kończy się jednak tym pesymistycznym akcentem. Śmierć Browna nie była pozbawiona sensu. To jedna z ofiar na trudnej drodze budowania narodowej solidarności i poczucia wspólnoty: „Bo pieśń nim dojrzy [dojrzeje], człowiek nieraz skona,/A niźli skona pieśń, naród wpierw wstanie”.

 

Romantycy krajowi

Nie byli tak wybitni jak tworzący na emigracji wieszczowie, ale to właśnie dzięki nim Polacy mieszkający na prowincji mogli obcować ze sztuką i czuć się patriotami.

  • Wincenty Pol walczył w powstaniu listopadowym i podczas Wiosny Ludów. Stąd pewnie sentyment dla żołnierskiego śpiewania: w 1833 roku wydał cały zbiór utworów utrzymanych w tej właśnie konwencji pt. Pieśni Janusza. Są wśród nich teksty tak popularne jak Śpiew z mogiły (zaczynający się od słów „Leci liście z drzewa, co wyrosło wolne…”). Patriotyzm poety to także zachwyt nad polską przyrodą i rodzimym krajobrazem (poemat Pieśń o ziemi naszej, opisujący poszczególne krainy – Podhale, Galicję, Kresy). Czy znasz piosenkę Piękna nasza Polska cała? Tekst do niej napisał właśnie Wincenty Pol, a wiersz – mimo że śpiewany jest na melodię poloneza – nosi tytuł Mazur.
  • Kornel Ujejski – autor Chorału, który stał się pieśnią narodową („Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej,/Do Ciebie, Panie, bije ten głos […]”) – zyskał sławę „galicyjskiego Słowackiego”. Młodość spędził w Paryżu; zetknął się wówczas z naszymi wieszczami, którzy rozbudzili jego wyobraźnię i… ambicje. Najbardziej znanym jego dziełem jest obfitujący w aluzje polityczne Maraton, w którym poeta dokonuje obrachunku z postawami dominującymi w ówczesnym polskim społeczeństwie (to bezlitosna krytyka wewnętrznego skarlenia i lojalności wobec zaborców!) i wzywa naród do walki („[…] rdzę na puklerzu/ Można zmyć tylko krwi własnej strumieniem.”).
  • Teofil Lenartowicz od 1851 roku przebywał na emigracji (we Francji i Włoszech), lecz mimo to uznawany jest za jednego z czołowych romantyków krajowych. Powody są dwa: tomiki wydawał wyłącznie w Polsce i zawsze podkreślał swój związek z rodzimą tradycją ludową (nazywał siebie lirnikiem mazowieckim). Rzeczywiście, jest on, obok Mickiewicza, romantykiem najbardziej rozkochanym w tematyce ludowej; sięgał też po wywodzące się z folkloru środki artystyczne. Wiele wierszy ze zbiorów Lirenka, Nowa lirenka i Polska ziemia w obrazkach przybiera kształt bezpretensjonalnej, ­stylizowanej na ludową piosenki. Przez teksty Lenartowicza przewijają się również wątki patriotyczne: powraca wspomnienie powstania kościuszkowskiego (Bitwa racławicka) oraz nadzieja na odzyskanie niepodległości – także one wyrażane są w prostej, stylizowanej na ludową formie („Jak Moskala my nie zdusim, to Moskal nas zdusi”). Podobnie jest w wypadku jego liryki religijnej: wizja raju nakreślona w poemacie Zachwycenie przypomina swojski sad, a Jezus jest pasterzem. Nieco inny charakter ma tylko jeden tom Lenartowicza – Album włoskie, w którym pojawiają się motywy antyczne i odwołania do kultury renesansowej. Tu lirnik mazowiecki jawi się jako prekursor polskiego parnasizmu.
  • Władysław Syrokomla, właściwie Ludwik Kondratowicz, to jeden z najbardziej wszechstronnych poetów epoki. Kontynuował tradycję szlacheckiej gawędy (Urodzony Jan Dęboróg; Lalka. Gawęda dziecinna), pisał obrazki (gatunek z pogranicza liryki i epiki, czasami z elementami publicystyki). Także jemu bliski był nurt tradycji ludowej (tom Lirnik wioskowy), przy czym w tej twórczości elementy folkloru łączą się z krytyką arystokracji (która stwarza pozory patriotyzmu, a w istocie bałwochwalczo naśladuje obce wzory). Swoje uczucia do ojczyzny wyrażał Syrokomla w formach wzruszających prostotą i skromnością; ilustracją miłości do ojczyzny stają się u niego prozaiczne elementy rzeczywistości, na przykład krzyż na rozstajach, kapliczka. Dał się również poznać jako „poeta śmierci” – na tym motywie zbudował poemat Grabarz (poetyka szokująca prawdziwie barokowym bogactwem i wyszukanymi konceptami!). Zasłynął także jako autor cyklu Melodie z domu obłąkanych, sześciu wierszy – monologów odizolowanego od świata szaleńca. Z uwagi na oryginalną poetykę dzieło to zestawiane bywa z poezją Norwida i… tekstami surrealistów!

W kraju tworzą także poeci Cyganerii warszawskiej (m.in. Włodzimierz Wolski, autor librett do oper Moniuszki, Roman Zmorski) oraz Ryszard Berwiński (autor poematu dygresyjnego Don Juan poznański), Stefan Garczyński (bliski przyjaciel Mickiewicza, autor poematu filozoficznego Wacława dzieje) i Gustaw Ehrenberg (poeta – rewolucjonista, autor pieśni Szlachta w roku 1831, zaczynającej się od słów: „Gdy naród na pole wystąpił z orężem…”).

Zobacz:

Poezja europejskiego romantyzmu

Charakterystyka polskiego romantyzmu

Romantyzm w Polsce

Scharakteryzuj najważniejsze gatunki literackie romantyzmu

Twórcy polskiego romantyzmu

Przegląd lektur epoki romantyzmu

Scharakteryzuj sielsko-liryczny nurt w polskim romantyzmie krajowym

Romantyzm krajowy

Co oznacza pojęcie: romantyzm krajowy?